niedziela, 19 listopada 2017

Brisbane to Cairns. Fraser Coast - Agnes Water. Coś Wielkiego na wyciągnięcie ręki. Dzień 5.

Dzień kalendarzowy: 13.09.2017
Miejscowość początkowa: Urangan - Harvey Bay.
Miejscowość docelowa: Agnes Water.
Stan licznika na początku dnia: 500303km
Stan licznika na koniec dnia: 500565km
Dystans przebyty samochodem: 262km
Dystans całkowity: 667 km
Tankowanie w Bundaberg: 43 Aud

Miejscowości po drodze: Torquay, Harvey Bay, Point Vernon.

Dzień 5: Torquay, Harvey Bay, Point Vernon, Agnes Water zaznaczono na mapie gwiazdkami. Frasier Island (po prawej) - największa z piaszczystych plaż świata.


Dzień zaczynamy leniwie. Dla Ewy oznacza to kawę mrożoną - ja na co dzień kawą gardzę, ale nie jestem pewien czy nie dałem się tym razem na nią namówić. Idziemy sobie na lokalny targ, na którym spotykamy różnych handlarzy. Tutaj pierwszy raz spotykam się też z czymś o czym już raz czy dwa słyszałem. Im dalej od Sydney tym ponoć silniejsze narodowościowe sentymenty. Gościu (typu harleyowiec-rockandrollowiec) na jednym ze stoisk sprzedaje naszywki, na których możesz przeczytać min. "nie chcesz mówić w naszym języku - nie potrzebujemy cię tutaj". Mimo, że potrafię zrozumieć jakie obawy nim kierują, typek jakoś nie budzi mojej sympatii.  Udajemy się na molo, które w tej nikomu nieznanej miejscowości jest prawie dwa razy dłuższe (868m) niż to sopockie uchodzące za najdłuższe nad całym Morzem Bałtyckim. Ponoć w przeszłości molo to miało ponad 1km długości, ale przegrało na którymś etapie nierówną walkę z naturą. Miejsce, w którym się teraz znajdujemy jest znane z tego, że lubią pojawiać się tu delfiny, wieloryby i krowy morskie (niektóre tam sobie nawet mieszkają dożywając sędziwego wieku bagatela 70 lat). To jest właśnie główny magnes Harvey Bay. O tej porze dnia jednak ciężko o podobne atrakcje - nam się nie udaje załapać na takie widoki. Zamiast tego podziwiamy dostępny cały czas widok na Frasier Island, który robi na nas chyba umiarkowane wrażenie. Frasier Island, co trzeba wiedzieć, jest największą wyspą piaskową na świecie. Ma ona około 120km długości i około 25 km szerokości. Dostęp na wyspę, która dla niektórych sama w sobie jest atrakcją i jedynym celem podróży zapewnia regularnie kursujący prom. Po samej wyspie poruszać się można tylko samochodem z napędem na cztery koła (swoim lub wynajętym). Według opowieści znajomych, na zwiedzenie wyspy trzeba poświecić około 4 dni, my tyle czasu nie mamy więc pozostaje nam podziwiać ją z daleka. Udajemy się na plażę i przybrzeżny plac zabaw. Tu spędzamy ostatnią część przedpołudnia. Odbywamy także pogawędkę z lokalsem na plażowej siłowni i jak się okazuje, pogawędka ta doprecyzowuje plan naszej dalszej podróży. Coś dodajemy do listy coś mimo początkowych wątpliwości na niej pozostawiamy. Wszystkie rekomendacje tego pana okazują się po czasie trafione. Co mnie zaskakuje ponieważ jednak bardziej polegałem w czasie podróży na rekomendacjach znajomych. Jak się okazuje muszę być ostrożny w doborze podróżniczych doradców :-). Po rozmowie wracamy nad wodę, która tutaj jest niewiele chłodniejsza od powietrza. Sprawdzamy co pokazuje Suunto? Przyjemne +25C  :-) Z plaży udajemy się do następnego miejsca, w które planujemy dotrzeć - planujemy nocleg w Bundaberg. Jednak na wyjeździe z miasta jest miejski park wodny dla dzieci. Tu następuje debiut Brunkowego kostiumu i frywolna zabawa z woda :-)  Oczywiście znów nie dojedziemy na kamping za dnia... 

W końcu jednak wyruszamy. Udajemy się w trasę na Bundaberg. Bundaberg jest znane głównie z tego że tam właśnie powstają najbardziej znane w Australii soki (o tej samej nazwie - taki nasz Tarczyn/Tymbark) oraz jedyny alkohol, którego unikam - Rum.

Po drodze mijamy...Isis River (heee?), potem także Isis bus (what?) - taki lokalny PKS i w końcu samo miasto o nazwie Isis (hmm). Podciągam pas nośny, poprawiam ułożenie AR15 na klatce, sprawdzam magazynki, odbezpieczam broń, ustawiam selektor na ogień ciągły...O przepraszam, to nie ta wyprawa :-) 
Wróćmy na Bruce Highway. Na wyjeździe z miasta żegna nas jeszcze ISIS golf club - robimy sobie pamiątkowe zdjęcie. Rozglądamy się po okolicy, ale oprócz rozległych pól trzciny cukrowej nic nas tu nie zaskakuje (talibów brak).
W dalszej drodze kilka przejeżdżających samochodów "nerwowo" mruga światłami. Nie wiem czy oznacza to zbliżający się patrol policji, brak koła, silnika czy jakieś inne dla mnie problemy...  Jak się okazuje, tak się ostrzega w Austalii przed niebezpieczeństwem na drodze - tym razem to wypadek samochodowy. Nic fajnego. Parę samochodów już się zatrzymało, żeby pomóc. Sytuacja jest słaba, bo na przykład my nie mamy tu wcale zasięgu. 
Co odnotowuję, na tym etapie naszej podróży coraz częściej mijamy przydrożne krzyże, które jak sobie przypominam kiedyś próbowano wmówić nam jako typowo polski obrządek (i chyba z zamiarem wywołania poczucia wstydu). Widok przydrożnego krzyża wcale nie jest w tym rejonie Queensland odosobnionym przypadkiem. To faktycznie powoduje, że czujemy się pod tym względem trochę jak na rodzimym terytorium...
Po trasie pojawia się także wiele znaków "road subject to flooding - indicators show depth" i "floodway" oraz słupki wskazujące wysokość stanu wody. Chyba jednak warto sprawdzać prognozy... tu podobno jak leje, to naprawdę leje... a mapa przejezdnych dróg zmienia się wtedy z godziny na godzinę (coś o tym wspominał Nikodem ;-)). Ok, właśnie minęła nas policja, potem karetka i na koniec straż pożarna. Nie ma innej opcji, zapewne jadą do tamtego wypadku widzianego po drodze. Niestety to nam uświadamia jak ważne jest minimalizowanie drogowego ryzyka... Wypadek, o który niezmiernie łatwo (przez te samobójcze skoki kangurów) z dala od cywilizacji bez dostępu do telefonii GSM może być przypadkiem beznadziejnym. Wiemy, że służby które nas minęły mają kawałek do przejechania, czas przemyśleć ponownie naszą strategię podróży... Polecam to każdemu kto zamierza przemierzyć tą trasę i czyta ten tekst.
W końcu dojeżdżamy do Bundaberg. tutaj tankujemy i robimy zakupy w Aldi, który znajduje się przy Bolewski street (któż zacz? nie wiemy...) Decydujemy się na zakupy ponieważ ciężko już będzie nam znaleźć po drodze coś równie taniego. W Aldi zmieniamy pierwotny plan i tniemy do Agnes Water. Bundaberg poza ułamkiem cywilizacji i Aldi (w którym nie ma alko- w Queensland alko w Aldim nie uświadczysz) nie ma nic ciekawego do zaoferowania. 
Jedziemy po nocy ostatni odcinek drogi. Cała godzina o światłach jak z dwóch świeczek, przy samochodzie z przebiegiem pół miliona kilometrów, na pustkowiu, bez sygnału GSM, z Brunem znużonym (jeśli wicie, o co nam chodzi) i kangurami czekającymi na poboczu, żeby wyskoczyć przed zderzak (na szczęście żaden nie wyskoczył, ja przy samej drodze widziałem tylko dwa). Nie mamy noclegu i póki co jedziemy w ciemno. Żaden z campingów nie odbiera telefonu od popołudnia. Nie uczymy się na błędach...Źle. Mówiliśmy o tym zaledwie kilka godzin wcześniej, ale jakby ponownie przed sobą uznajemy, że to zbędne ryzyko i postanawiamy konsekwentnie eliminować je w następnych dniach. Odliczamy minuty do celu, 34, 29, 25, 16, 11, 9...dłuży się...W końcu jednak docieramy na miejsce! Nocleg załatwiamy sobie po godzinach otwarcia Recepcji w Agnes Water Beach Holidays za okrągłe 40Aud. Jest to ekskluzywne miejsce, są tu drogie campervany dookoła, ale nie marudzimy :-) Szum oceanu za ogrodzeniem uspokaja. Udało się! Oddychamy z ulgą, idziemy jeszcze na szybkie piwo (50 lashes - lubimy) w klimatycznej knajpce obok kampingu. W knajpce panuje przyjacielska atmosfera, na ścianach wiszą ciekawe obrazy (lubimy) i deska surfingowa.
Wznosimy toast z Ewą, tak jak wczoraj, za szczęśliwe dotarcie do celu. Piwo  po ciężkiej podróży smakuje wyjątkowo dobrze. W drodze z knajpy załapujemy się na szybki prysznic-tej nocy ręcznik nie jest potrzebny. Konsekwentnie zajmujemy się ładowaniem elektroniki. Rozbici i podłączeni do prądu w końcu mamy chwilę dla siebie. Ja dopisuję w notatniku swoje spostrzeżenia do opisu dnia sporządzonego prze Ewę. "B i E są dzielni w podróży. B chyba będzie wariackim dzieckiem (jeśli pójdzie w ślady rodziców) lub zupełnie spokojnym, jeśli odbije w przeciwnym kierunku". Ewa zauważa,  "Znów brak infrastruktury dla maluszków. Ale łazienki super przyzwoite i czyściutkie. Toalety dziecięce bez problemu dokonane przy schludnych i nowiutkich umywalkach. Bruno mimo natłoku wrażeń śpi teraz spokojnie". Siedzimy na dworze w krzesełkach turystycznych z K-marta, jest ciepło, czilałt, Agnes Water jak czujemy ma chyba swój klimat. To musi być powiedziane w tym miejscu. To właśnie mniej więcej na wysokości Agnes Water zaczyna się też Wielka Rafa Koralowa... Niewypowiedziany do tej pory na głos - motyw przewodni naszej podróży. 

Znów omawiamy dzień. Jesteśmy do przodu z planem - to dobry znak, ale zauważyliśmy też, że na drogach Queensland, po zachodzie Słońca już prawie nikogo nie ma oprócz nas. Nikt tak późno też nie zjeżdża do pitstopu jak my. Ludzie rozbijają się z reguły przed zachodem Słońca (czyli we wrześniu do godziny 17stej). Tłumaczymy to sobie na różne sposoby - jazda po drogach o różnej jakości, w wielu miejscach bez zasięgu, przy długich dystansach między ośrodkami zgrabniejszej cywilizacji do tego w towarzystwie dzikiej zwierzyny jest chyba nazbyt ryzykowna. Jest także aspekt praktyczny, jak jest jasno - łatwiej się rozbić... 
No nic, kolejny raz były emocje. Z piekła braku noclegu do nieba ekskluzywnego kampingu przebyliśmy dzisiaj dłuuuuugą drogę. Po tym wszystkim, jest nam teraz całkiem dobrze siedzieć w klapkach pod gołym niebem w turystycznych, składanych fotelach. Tym lepiej że każdy kosztował tylko 6 AUD :-)

Nocne niebo nad Agnes Water

Ufff...Chyba zmyliśmy już z siebie wszystkie emocje. Czarne niebo nad naszymi głowami zachwyca ilością gwiazd. Ktoś pije piwko, ktoś czyta książkę przy nocnej lampce, ja pozwalam sobie na nocną sesję zdjęciową... Otchłań nad głowami oszałamia... i ten szum.... Wiemy, że coś Wielkiego znajduje się zaledwie na wyciągnięcie ręki :-)

czwartek, 16 listopada 2017

Brisbane to Cairns. Sunshine Coast, Harvey Bay. Lepsze jutro jest dziś. Dzień 4

Dzień kalendarzowy: 12.09.2017
Miejscowość początkowa: Caloundra - Sunshine Coast.
Miejscowosc docelowa: Urangan - Harvey Bay.
Stan licznika na początku dnia: 500038km
Stan licznika na koniec dnia: 500303km
Dystans przebyty samochodem: 265km
Dystans całkowity: 405km
Tankowanie do pełna: 55 baksów

Dzień 4: Caloundra, Noosa i Urangan zaznaczono na mapie gwiazdkami.

Dzień dobry. Budzimy się o dziwo całkiem wyspani. Nixon zapewnił nam godziwy sen a kemping rozpieszcza infrastrukturą. Nad brzegiem bliżej nieokreślonej wody jemy śniadanie zupełnie tak samo wykwintne jak w domu. Tost posmarowany avokado, na wszystkim jajko na miękko i herbata english breakfast-bajeczka. Trudno się stresować. Nagle, ni stad ni zowąd przebiega obok nas dziki kangur Wallabie, który jest pierwszym kangurem widzianym przez nas na żywo w terenie. Za kangurem z krzaków biegną w popłochu ludzie poubierani w podobnie wyglądające uniformy. Całość w pierwszym kontakcie wygląda dosyć groźnie. W następnych razi w oczy nieporadnością przedstawicieli rodzaju ludzkiego zestawioną ze sprytem małego torbacza. Po chwili dowiadujemy się, że ów Wollabee uciekł z Pobliskiego Australia Zoo, tego samego w którym pracował legendarny Łowca Krokodyli - Steve Irwin. Nie poznamy dalszych losów pościgu ponieważ nadchodzi czas opuszczenia kempingu (zazwyczaj, jak się później dowiemy jest to godzina 11sta). Jestem nieco rozczarowany, ponieważ nadal nie mogę powiedzieć, że widziałem dzikiego kangura. Opuszczamy kemping, nie mamy jasnego celu, nie musimy jednak jechać daleko. Przejechaliśmy ledwie 300-400metrów a naszym oczom ukazała się piękna plaża z placem zabaw i widokiem na Lazurowe wody Oceanu. Jest gorąco i atrakcyjnie więc tutaj bez żadnego przymusu spędzamy późne przed i wczesne popołudnie. Trudno pojąć, źe ludzie którzy są z nami na placu zabaw nie są tak samo jak my turystami. Plaża i widok na Birbi Island wygląda tak egzotycznie, że trudno uwierzyć że jesteśmy właśnie uczestnikami codziennego życia australijskiego: Wyszkowa, Garwolina czy dajmy na to Pułtuska. 
Z Caloundry udajemy się wzdłuż Sunshine Coast a później autostradą do miejscowości Noosa. Miejscowość jest jedną z tych bardziej charakterystycznych na całej trasie. Miejscami przypomina mi coś co już widziałem, Santa Cruz? A może jednak Łebę? My odwiedzamy lokalną plażę, promenadę i rekomendowany nam wcześniej Surfing club z tarasem widokowym. Jest tu prawie jak nad jeziorem zdworskim ;) tylko zamiast ciepłej wódki i starych pierogów z jagodami serwuje się tu zimne proseco w schlodzonym szkle i kalmary. Duża porcja nazwana jest tutaj (Share waves) - taką zamawiamy.
Ponownie wychodzimy na Plażę, która jest zawiana tak samo jak ta w Porto, gdy pierwszy raz witaliśmy się z Atlantykiem.
Jeśli awersem Noosy jest Ocean, to jej rewersem jest zatoczka, która tworzy układ kanałów zakończony jeziorem Weyba. Wpiszcie sobie w Googlu słowo Noosa i wyszukajcie grafiki. 

Noosa - zdjęcie ze strony www.sunsetcove.com.au

Miejsce jest niesamowite i łatwiejsze do zrozumienia po obejrzeniu fotografii niż przeczytaniu jakiegokolwiek opisu. Nad jednym z tych kanałów znajdujemy plac zabaw. Następuje czas na wybieganie młodzieńca na pobliskiej polance. Ludzi mimo sielankowego nastroju generalnie starają się tu coś robić, ktoś gra w piłkę, ktoś rzuca piłką do rugby, ktoś medytuje.
Z boku jakiś przystojniak przerzuca kotlety i warzywa, ekipa bez npięcia i pośpiechu kręci program w konwencji "gotowanie na ekranie"
Na parkingu, na którym stoimy pojawia się drugi Spaceship (Gen Lee). Wysiada z niego parka, która na relaksie na brzegu malowniczej rzeczki rozstawia sobie leżaczki i składany grill. Przed nami jeszcze dzisiaj kawałek drogi. Ruszamy. Trasa to głównie wzgórzyste krajobrazy, które przynoszą wspomnienie suwalszczyzny. Tyle że tutejsze krowy pasą się wśród palmowych drzew, a gdzieniegdzie zamiast bociana można zauważyć kangura (tak napisała Ewa, ja jako kierowca nadal ich nie widziałem). No właśnie, słyszałem tych opowieści sto. Tutejsze kangury ponoć tylko czychają przy skraju drogi na nadjeżdzający samochód by w ostatnim momencie rzucić się pod jego koła. Między innymi dlatego właśnie australijskie samochody terenowe i ciężarówki mają w większości wzmocnione, stalowe zderzaki. Uppsss, przed chwilą przejechaliśmy obok jednego, prawdopodobnie potrąconego - leżał w rowie, nie wyglądał zbyt dobrze. Zauważyliśmy go zaraz po tym, jak zorientowaliśmy się, że przejechaliśmy .... węża (taki z 1,5-1,8metra) :/ Nie mamy nic do węży i mamy nadzieje, że mimo tak niefortunnego pierwszego z nimi spotkania, węże nie będą miały też nic do nas... sorry węże. 
Powoli dzień dobiega końca, szutrowa droga, która się poruszamy i brak zasięgu o zachodzie słońca przekonują nas do zmiany trasy. Zamiast przez narodowy park, wybieramy powrót do cywilizacji, czyli azymut na A1, czyli Bruce Highway (mijane po drodze campery na światłach awaryjnych jedynie utwierdzają nas w przekonaniu o słusznosci tej decyzji, młody na szczęście śpi).
Okazuje się, że droga do nas mówi ;-) Przy drogach stoją znaki, które kierowców znużonych trasą zachęcają do pewnego rodzaju zabawy. To oczywiście po to, żeby ocucić ich umysły. Na trasie pojawiają się kolejno znaki. Pytanie: jaka jest największa wyspa Queensland? Za jakiś czas wyrasta znak odpowiedź: Freiser Island. Po nim kolejny: keep playing... oraz inne zachęcające do odpoczynku. Np. niektóre  znaki zapraszają do miejsc, w których można otrzymać darmową kawę w godzinach otwarcia takiego przydrożnego punktu. 
W minejszych niż wczoraj stresach (ale jednak) docieramy do miejscowości Urangan w Harvey Bay.
Nocleg dziś to Collonial Village sieci Youth Hostels Australia (YHA-lubimy!). koszt tym razem to 24 AUD (lubimy!), kamping jest klimatyczny, cichy, spokojny, ze mini lasem deszczowym i stawem, w którym pływają kaczki i żółwie (lubimy!). Dookoła kręcą się pawie. Brak jednak infrastruktury dla maluszków, trzeba było sobie radzić przy umywalce w damskiej toalecie, ale spoko. Wszystko jest czyste i wygodne. Kuchnia jest przestronna, wydzielona oraz z salonem telewizyjnym.
Po rozłożeniu się idziemy do knajpki na terenia kampingu, która serwuje bardzo dobre piwko Coopers za jednym 6 AUD (ajjjj, lubimy!) i Coronę (ja jednka mniej). Co za relaks, piwko i muzyczka w tle. Ładujemy całą elektronikę...ładowarki rozgrzane są do czerwoności.

W nocy już gorącej, zastanawiamy się czy tutejsze węże maja jakieś plany odwetowe w stosunku do nas. Upewniam się u chłopaka za barem, czy mają tu węże. Odpowiada z grymasem, że nieeee.. Ja mu wierzę, Po toalecie, w której na ścianie wisi zdjęcie polskiego hydroplanu Wilga udajemy się na spoczynek (przed oczami widzę znany dobrze budynek PZL Warszawa w Alei Krakowskiej - ole!) . Otwarte szyby już powoli nie wystarczają, na następny nocleg chyba otworzymy klapę. Ciekawe czy Ewa też zastanawia się czy są tutaj węże mściciele? Gasimy gral marina zawieszonego pod sufitem. Dobranoc :-)







niedziela, 12 listopada 2017

Brisbane to Cairns. Sunshine Coast. Trudny start w trzeci wymiar tymczasowości. Dzień 3.

Dzień kalendarzowy: 11.09.2017
Miejscowość początkowa: Brisbane
Miejscowosc docelowa: Caloundra
Stan licznika na początku dnia: 499898km
Stan licznika na koniec dnia: 500038km
Dystans przebyty samochodem: 140km


Dzień 3: Brisbane, Woorim i Caloundra zaznaczono na mapie gwiazdkami.

Dzień zaczynamy dosyć nietypowo. W nocy przyleciała do N. jego najbliższa rodzina (włącznie z siostrą, którą znamy). Po przebudzeniu wychodzę na taras i tam witamy Mamę N. Poznajemy się, taras i okoliczności skłaniają nas do odbycia krótkiej rozmowy zapoznawczej. Rozmowy, która jak mi się dziś wydaje, jest być może najważniejszą rozmową jaką do tej pory odbyłem na tym kontynencie. Nie chcemy jednak zabierać za dużo czasu rodzinie, żegnamy się. 
Nikodem oferuje podwózkę do firmy, w której wynajęliśmy samochód i tam się rozstajemy. Robi się trochę smutno, przyzwyczailiśmy się do Nikodema, Brisbane i polubiliśmy tego gościnnego Queenslandera, który był naszym ostatnim poważnym noclegiem na tej trasie. Samochód w pierwszym kontakcie nie robi na nikim dobrego wrażenia. Drugi tylko to wrażenie pogłębia... Zastanawiam się czy to wszystko wypali, ale ok, nie ma co marudzić... Podpisujemy wszystkie papiery i ruszamy! Klepię samochód po desce rozdzielczej i liczę na dobrą współpracę. To powinno być tym łatwiejsze, że już jesteśmy na "TY". Auto nazywa się Nixon!
Nim na dobre ruszymy w trasę, podjeżdżamy jeszcze do okolicznego centrum handlowego, aby zrobić niezbędne zakupy. Niezbędne w tym wypadku to cały duży kosz. Nie nawidzę zakupów, ale Ewa przekonuje mnie, że są niezbędne. Ok...
Centrum handlowe to też spotkanie z inną Australią, obiekt leży na uboczu miasta. Trochę przypomina mi smutne prowincjonalne miasteczka na zachodnim wybrzeżu USA. Przyglądam się ludziom, którzy są nieco mniej zadbani niż ci, których zazwyczaj widuję w Sydney. Centrum handlowe też nie napawa optymizmem, jest dosyć ciemne i przygnębiające tak samo jak pierwsze centra handlowe w Polsce lat 90tych (Bemowo, Targówek, Reduta itp..). W centrum spędzamy w sumie kilka godzin i kiedy naprawdę mam dość w końcu się z niego wydostajemy. Czas topnieje, mamy przed sobą trasę na około dwie godziny. Czyli na kemping powinniśmy zdążyć ledwo przed zachodem Słońca. Pakujemy zakupy, wsiadamy do auta, kluczyki w stacyjce i... klops. Auto nie odpala... Mi już wystarczy na dziś emocji, po krótkiej analizie sytuacji stwierdzam, że to akumulator. Ewa ogarnia telefoniczny system pomocy drogowej (ja nie mam do tych maszyn nerwów) i po około pół godziny podjeżdża pick up serwisowy NRMA. Na szczęście facet jest fachowcem, sprawnie wymienia akumulator, potwierdza, że alternator wygląda na dopiero co wymieniany i ocenia, że raczej nie powinniśmy mieć z elektryką poważniejszych problemów. Mam taką nadzieję, ponieważ jestem już tą całą sytuacją lekko zmęczony. Na szczęście nic nie płacimy, facet przywraca nam nadzieję w powodzenie całej wyprawy, zabiera ze sobą zepsuty akumulator oraz mój podpis a my w końcu na poważnie wyruszamy w podróż. B dosyć szybko usypia, więc jest chwila na wytchnienie i przetrawienie wszystkich emocji. Nasz plan zakłada dojechanie dzisiaj do rejonu zwanego Sunshine Coast. Po drodze zbaczamy jeszcze na wyspę Birbie by zobaczyć rekomendowaną nam miejscowość Woorim. Miejscowość nie oferuje nic co wymagałoby takiego poświęcenia, ale jak się sam o tym nie przekonam to w to nie uwierzę. W Woorim nie spędzamy nawet 20 minut, wsiadamy do Nixona i jedziemy dalej. Trwa wyścig z czasem. Zaraz zapada zmierzch a B. też może w każdym momencie się obudzić i skończyć sielankę spokojnej podróży. Tak się w końcu dzieje. W nocy dojeżdżamy do miejscowości Caloundra. B. już od jakiegoś czasu wyraźnie manifestuje niezadowolenie z sytuacji, w której od ponad dwóch godzin się znajduje (fotelik) a my rozpoczynamy (nieco desperackie) szukanie noclegu. Znów całej sytuacji towarzyszą nerwy, w zasadzie pierwsze dwa telefony to kampingi, na których brak miejsc. Jest noc a ja znajduje się w sytuacji, która nawet gdybym jechał sam nie należałby do najprzyjemniejszych. W końcu znajdujemy nocleg na jednym z największych campingów należących do sieci Big4 (Waterfront Camping). Płacimy 48AUD i w zamian dostajemy spokój na jedną noc. Cieszę się z takiego obrotu sprawy. W końcu możemy pomyśleć o zorganizowaniu pierwszego noclegu w samochodzie, który jest niewiele większy od zwykłego kombi:-) Kamping na szczęście wygląda na czysty i jest wyposażony w dobrą infrastrukturę towarzyszącą. Jemy świetną kolację, myjemy się i oczyszczeni ze złych emocji i pierwszych nieprzyjemnych doświadczeń udajemy się spać. Nim się jednak na dobre położymy, spędzamy sporo czasu na odpowiednim zorganizowaniu tej małej przestrzeni. Nie wiemy jeszcze jak do tego tematu podejść efektywnie, może jutro będzie lepiej? Wszyscy na miejscu? Tak! Wyłączam latarkę, oddycham z ulgą... Na dziś Dobranoc  :-)

 Pierwszy kontakt z naszym Spaceshipem nie napawał optymizmem
Drugi tylko pogłębił uczucie zwątpienia :-)
Woorim - dziwne miejsce na wyspie Birbie Island. Nie wiem o co chodzi, ale dla mnie jest to statek na mieliźnie...

środa, 8 listopada 2017

Brisbane to nie Sydney. Sydney to nie Australia... Dzień 2.

W Queenslanderach o tej porze roku śpi się wyjątkowo dobrze. Nie wiem czy to zasługa ciepłych nocy, mikroklimatu tych lekkich drewnianych domków, wakacyjnego klimatu Brisbane czy alkoholu, który wciąż krąży we krwi. Może to być także kombinacja kilku lub wszystkich tych czynników na raz. Mimo poranka na wolnych obrotach wcale nie zwalniamy tempa.

Na miasto tego dnia wypadamy w sumie trzy razy.
Przed południem zwiedzamy centrum miasta. Brisbane, co mnie trochę zaskoczyło nie ma tak bezpośredniego kontaktu z Oceanem jak chociażby Sydney. Owszem znajduje się wcale nie tak daleko od niego (około 14km), ale w zasadzie mówi się, że leży nad rzeką. Rzeką o tej samej nazwie, która stanowi wyraźną oś miasta. Właściwie w samym mieście nie czuć bliskości Oceanu, ale na pewno czuć wakacyjny luz. Centrum, do którego właśnie się wybraliśmy leży na cyplu meandrującej w tym miejscu rzeki. Podczas tego wypadu zaliczamy miejski ratusz ze strzelistą wieżą na wzór włoskiego renesansu, budynek Treasury Casino, klasycystyczny budynek General Post Office oraz przyległe Anzac Square. Anzac Square to właściwie mały park z kilkoma tematycznymi rzeźbami, na szczycie którego znajduje się charakterystyczny monument w klasycznym greckim stylu. Tu zatrzymujemy się na dłużej. Po środku rotundy stworzonej z kolumnady płonie wieczny ogień upamiętniający poległych żołnierzy korpusu ANZAC. Kolumnada zwieńczona jest fryzem, na powierzchni, którego wyryto miejsca pamięci związane z wojnami, w których brali udział Anzacy. Miejsce skłania do zwolnienia tempa, ale tutaj i tak dzisiaj wszystko dzieje się na pół gwizdka, jest to naprawdę przyjemny dzień. Siedząc w parku, delektujemy się wakacyjnym klimatem stolicy regionu. Klapki, T-shirt, okulary słoneczne to dla nas od dziś obowiązkowy zestaw tzw. Queenslandzki. Z parku kierujemy się w kierunku rzeki, mijamy jeden z najstarszych budynków w Brisbane czyli Custom House (Urząd Celny) i schodzimy nad brzeg rzeki, z którego widać najbardziej charakterystyczny most Brisbane - Story Bridge. Brzegiem rzeki docieramy do miejskiego ogrodu botanicznego (Brisbane City Botanic Garden) i tu kończymy sesję przedpołudniowego zwiedzania.
Po południu zaliczamy inny rejon dzielnicy centralnej nazwany przez lokalsów South Bank. Jest to 17-hektarowy teren rozciągający się nad samą rzeką, na terenie którego w roku 1988 odbyła się światowa wystawa EXPO. Dzisiaj teren ten z powodzeniem pełni funkcje towarzysko-kulturalne. Tutaj właśnie znajduje się Biblioteka Stanowa, Queensland Museum, Queensland Gallery of Art oraz Gallery of Modern Art, którego architektura luźno przypomina mi moje podwórko i niedawno otwartą Galerię Północną w Warszawie. Na terenie South Bank, mimo tak licznej reprezentacji ośrodków kultury nie działoby się jednak wiele, gdyby nie parki, restauracje, kawiarnie, stosika targowe a także...sztuczna plaża z ratownikami i kinem. Tak, to właśnie ten mix funkcji stanowi o atrakcyjności tego miejsca. Tak mi się przynajmniej wydaje. Jak myślę jest coś oryginalnego w tym miejscu, ponieważ jak do tej pory nie spotkałem nigdzie indziej miejsca, w którym po wyjściu z muzeum można posiedzieć na plaży z nogami w wodzie i pooglądać film serwowany razem z trunkiem pod gołym niebem. Tutaj kończymy sesję popołudniową. W nocy na pożegnanie z Brisbane proszę Nikodema o wyskok na jeden z okolicznych mostów. Jest to niezwykle klimatyczne pożegnanie z miastem. Nikodem pokazał nam Brisbane jakiego nie spodziewałem się zobaczyć. Jestem bardzo usatysfakcjonowany ilością miejsc jakie tego dnia zobaczyliśmy. Dzień jest pełen atrakcji i przynosi kolejne przemyślenia na temat bardzo przyjaznego charakteru Brisbane. Sydney jako stolica biznesowa kontynentu nie daje takiego poczucia luzu. A to, że jestem akurat na wakacjach myślę ma na to poczucie niezbyt przesadnie wielki wpływ... Wracamy do przyjaznego Queenslandera na uboczu dzielnicy centralnej i tak kończymy drugi dzień podróży...

Wkrótce wyruszymy poza miasto by wspólnie przebyć wschodnim wybrzeżem Australii ponad 2000 km w kierunku mekki wszystkich nurków - Cairns, czyli stolicy Wielkiej Rafy Koralowej. Uwaga! Niedługo na blogu zadebiutuje także Ewa ( a jak mi się wydaje także i Bruno), którą przymusiłem :-) do pisania relacji z wyprawy. Opis dalszych dni to już dwoje narratorów (wreszcie), ale żeby było ciekawiej ja piszę o sobie zarówno w pierwszej jak i trzeciej osobie liczby pojedynczej. Nie będzie wcale łatwo, ale może czytając po latach...ciekawie :-)


piątek, 3 listopada 2017

Brisbane to Cairns. Road trip. Dzień 1

"Podróż w trzeci wymiar tymczasowości"

Sydney- Lane Cove 09.09.2017

Jest dziewiąty dzień września Roku Pańskiego 2017. Sobota. Dzień jest ciepły i bardzo słoneczny. Stoję na przystanku autobusowym pod domem. Na plecach mam worek wodoodporny, z którego wystają płetwy, z przodu do klatki piersiowej przylega czarny plecak Lowepro wypełniony niezbędnym sprzętem elektronicznym, w ręku trzymam  złożony wózek dziecięcy. Czekam na taksówkę, która zawiezie nas w podróż...podróż (jak ją nazywam) w trzeci wymiar tymczasowości. Pierwszym wymiarem jest sam kontynent, na którym jesteśmy tylko tymczasowymi gośćmi. Drugim wymiarem jest mieszkanie, z którego przed chwilą wyszedłem. Nie wiemy o tym jeszcze na pewno, ale wkrótce okaże się, że będziemy musieli niedługo je opuścić. Trzeci wymiar tymczasowości to rzeczy, które ze sobą mam. Przez najbliższe 15 dni będziemy żyć i spać we trójkę na przestrzeni ograniczonej kubaturą samochodu typu van. Spakować trzeba było tylko niezbędne rzeczy. Dla mnie ważniejszy jest sprzęt niż ubrania, ale i tak pierwszeństwo w wypełnianiu tej skromnej przestrzeni ładunkowej miał B i jego gadżety... Czas mija, stojąc na przystanku przeklinam spóźniającą się taksówkę i te cholerne aplikacje telefoniczne. W Warszawie mam jeden numer telefonu i jedną osobę, która niezawodnie odbiera zlecenia o każdej porze dnia i nocy. Tutaj mam automat, który nie rozumie tego co mówię. Przekaz zagłuszany jest gwarem dochodzącym z ulicy a maszyna mówi "Sorry, nie usłyszałam twojej odpowiedzi..." To tym bardzie dla mnie wkurzające, że chodzi o proste słowo "yes". Jestem zły, nie lubię tych tępych maszyn i przede wszystkim nie lubię się spóźniać. Nie wiem jeszcze tego, ale taksówką która w końcu zaraz przyjedzie wyruszymy w jedną z największych podróży w naszym wspólnym życiu.

Sydney- lotnisko krajowe 09.09.2017

Na lotnisko przyjeżdżamy z ponad godzinnym zapasem. Mimo chwilowych problemów z taksówką sytuacja na lotnisku wydaje się opanowana. Oczywiście krótko ostrzyżony, biały facet w czarnym polo i bojówkach typu Urban Tactic z wojskowym paskiem wydaje się być ochronie lotniska podejrzanym typkiem. Zostaję wyrywkowo skierowany na kontrolę GSR (gunshot residue) i po wszystkim mówię do dwa razy mniejszego ode mnie Hindusa "jeśli złapiecie w ten sposób chociaż jednego terrorystę to róbcie takich kontroli jak najwięcej". Facet wydaje się być nieco zdeprymowany tą uwagą i moim zdaniem ma ku temu powody. Moja mina nie wyraża uznania dla poziomu przeprowadzonej kontroli. Uśmiecham się i odchodzę. To jednak temat na inne zajęcia... Pakujemy swoje zabawki i idziemy w kierunku gastronomii. Jeszcze tylko pół godziny jeżdżenia z B. po schodach w górę i w dół,  szybka miska u tajczyka i idziemy pod bramkę. Przed nami pierwsza krajowa podróż samolotem.

Brisbane- lotnisko krajowe 09.09.2017

Na lotnisku czeka na nas Nikodem (pozwólcie, ze tak go Wam przedstawię). Naszą wspólną znajomą jest jego siostra. Nikodem swoim ubiorem zwiastuje to co o Brisbane zaczynamy powoli myśleć. To jest prawdziwa Australia! T-shirt, klapki, okulary przeciwsłoneczne. Krótkie przywitanie, wsiadamy do samochodu i jedziemy do domu N.

Brisbane, Mt. Coot-tha Summit Lookut 09-10.09.2017

W bardzo fajnym, typowym dla tej okolicy domku z ogrodem poznajemy rodzinę Nikodema. Krótko witamy się z nowym miejscem i na jego pytanie czy chcemy zobaczyć trochę Brisbane odpowiadamy - Tak! Jest już ciemno kiedy wyjeżdżamy, ale pogoda nadal dopisuje. Jedziemy zobaczyć punkt widokowy na górze  Mt. Coot-tha. Z góry rozciąga się widok na całe miasto, którego światła wibrują w dole. Miejsce przyciąga motocyklistów oraz królów i królowe nocnego życia - jest knajpka, jest lokal z obrusami, miejsca do siedzenia na zewnątrz i altanka z której można podziwiać widok nocnego miasta. Super! Zamawiamy coś do picia, patrzymy z góry na miasto i rozmawiamy. Ja staram się też zrobić jakieś zdjęcia. B jednak zaczyna marudzić, wiec zbieramy się do domu. N. opowiada nam o mieście, życiu w Queensland i o sobie. Odnoszę wrażenie, ze w opowiadaniu jest precyzyjny i raczej nie nadużywa tej formy komunikacji - to taka rzadko spotykana cecha wśród informatyków :-). Znamy się zaledwie kilka godzin, ale od razu bardzo spodobała mi się jego bezinteresowna chęć pokazania nam miasta. Wracamy do domu, noc jest ciepła, siadamy w t-shirtach na werandzie a na stoliku ląduje Johny Walker Double Black. Bajka! Jest to moje pierwsze whisky od czasu wyjazdu z kraju i od razu w debiucie trafiam na przyzwoity trunek. Rozmawiamy a buteleczka stopniowo się opróżnia. N. Okazuje się dobrym towarzyszem rozmowy. Powiem Wam tylko tyle, ze N. pracuje nad tym wszystkim co mnie dziś przed południem tak wkurzyło. Uczy maszyny uczyć się na własnych doświadczeniach (zbiorach danych). Jest to coś co zbliża nas do sztucznej inteligencji i pewnie nie znanych dotąd jeszcze problemów. To jest obecnie bardzo gorący temat w branży IT - jest nadzieja, że te durne aplikacje w końcu zmądrzeją, ale ja już chyba nie chce być tego świadkiem... N. pożycza mi na czas podróży książkę Bartosiaka, która jeszcze w Warszawie chodziła mi po głowie. Spada mi z nieba z tą propozycją ponieważ na lotnisku w Sydney narzekałem na brak czegoś do czytania w czasie podróży. W tak zwanym między czasie zawartość buteleczki nie wiadomo kiedy znika. Rozmowa się klei i mimo tego że już po północy, Nikodem proponuje 20-minutowy spacer po okolicy. Dwadzieścia minut trwa prawie półtorej godziny a ja czuję się wreszcie jak na wakacjach... w ogóle w końcu czuję się jak w Australii, którą sobie przed wyjazdem wyobrażałem. Po drutach wysokiego napięcia i po okolicznych drzewach przebiegają Possomy a nad głowami przelatują nietoperze o rozpiętości skrzydeł dochodzących do dobrego metra... jest po pierwszej w nocy. Lubię takie spacery, lubię to co do tej pory zaprezentowało mi Queensland i na koniec uświadamiam sobie, że lubię też te gigantyczne nietoperze :-)

Mt. Coot-tha Summit Lookout

środa, 1 listopada 2017

Plaże północnego Sydney - pierwsze podsumowanie

Mapka pokazuje opisane przeze mnie do tej pory plaże północnego Sydney, które odwiedziliśmy pomiędzy czerwcem a październikiem 2017. Kolorem innym niż niebieski zaznaczono także przybliżoną lokalizację miejsc nurkowych, które odwiedziłem w sierpniu.

Plaże północnego Sydney. Część 1


piątek, 27 października 2017

Dee Why - namiastka wczasów przed wakacjami


Plaża Dee Why jest zbudowana zgodnie z wzorcem plaży idealnej według standardów sydnejskich. Ładnie położona pręży się ku Słońcu delikatnym łukiem na odcinku 1,2 km. Pas przyjemnego w dotyku piasku oddziela wody morza Tasmana od pasa zieleni konstytuującego swoim kształtem i funkcją lokalny park rozrywki. Wody Wielkiego Błękitu gwarantują tutaj relaks zarówno surferom, nurkom jak i spragnionym odpoczynku plażowiczom.
To właśnie tutaj, niedaleko od tego miejsca odbyłem swoje pierwsze nurkowanie na nowym kontynencie. W rejonie północnego końca plaży, tam gdzie znajduje się Long Reef Point znajduje się nurowisko nazywane przez lokalsów "The Apartments". Jest ono wymieniane przez wszystkich płetwonurków jako jedno z najlepszych w okolicy. To oczywiście jest cel mojej najbliższej podwodnej podróży. Teraz wróćmy jednak na powierzchnię…

Mniej więcej po środku plaży znajduje się laguna Dee Why. Niestety nie miałem okazji jej jeszcze eksplorować. Sama plaża jest na tyle atrakcyjna, że na pewno tu jeszcze wrócimy i być może wtedy zobaczycie też coś więcej niż kilka bardzo poglądowych zdjęć poniżej. B póki co chce przekopać plażę w poprzek. Jest zakochany w koparkach, wywrotkach, (także pociągach) i wszelakim innym sprzęcie budowlanym o czym przekonuję się podczas zabawy w piasku. Nic innego na tym etapie rozwoju go nie interesuje, odczuwam z tego powodu pewną satysfakcję :-) . Plaża wciąga…Odwróćmy się jednak twarzą do Oceanu. W czasie słonecznych dni, woda w płytszych rejonach ma bardzo ładny turkusowy kolor. Jeśli nosisz okulary z polaryzacją, masz prawo myśleć, że jesteś w jednym z tych tropikalnych rajów.
W parku, o którym wspomniałem, a który teraz mamy za plecami znajduje się wszystko to co wzorzec sydnejskiej plaży powinien oferować. Zdroje uliczne, węzeł sanitarny z przebieralnią, plac zabaw dla dzieci, miejsce do grillowania. Wszystkie te atrakcje zgrupowane są przy południowym krańcu plaży. Ten wzór powtarza się już któryś raz. Nie sposób nie zauważyć tej analogii. Park, w którym teraz się znajdujemy oddziela od krótkiej promenady handlowo-usługowej lokalna uliczka z parkingiem po jednej stronie ulicy. Gdyby odwrócić kierunek parkowania (i kierunek ruchu ulicznego w ogóle) można by powiedzieć, że plaża powtarza model miejscowości wczasowej na wzór tzw. Karwieński. Ten wzorzec oprócz wspomnianej przed chwilą nadbałtyckiej miejscowości widziałem już na Ballmoral, Manly I Collaroy (o którym kiedy indziej)
Nazwa plaży zaskakuje, ale te próby wytłumaczenia jej pochodzenia, które znam mnie nie przekonują. Dla mnie oznacza to ni mniej ni więcej, że nie ma na nią sensownego wytłumaczenia… Najbardziej prawdopodobne mówi o tym, ze irlandzki odkrywca John Meehan, który przybył w te okolice około roku 1815 w swoim notatniku z podróży oznaczył ołówkiem pewien okoliczny wiciokrzew (honey suckle tree) właśnie literami Dy beach. Co miał oznaczać skrót Dy? To niestety podlega już tylko spekulacjom. Notatkę datuje się na dzień 27 września 1815 roku i ja taka legendę na potrzeby tej chwili kupuję…
Razem z legenda kupuję też plażę, Ocean i klimat tego miejsca, który sprawia, że czujemy się tu trochę jak na prawdziwych wakacjach.
Nic jednak nie trwa wiecznie, czas wracać. Tutaj w Dee Why poważnie zaczynamy myśleć o zbliżającej sie wyprawie… Na jednej z tutejszych uliczek siedzę sobie teraz w samochodzie z cholernie seksownymi drzwiami bez ramek, delektuję się wczasowym klimacikiem okolicy. Czuję się trochę jak Don Johnson w białym Ferrari na ulicach Miami. Trochę jak Clive Oven w BMW Z4 gdzieś na południu Afryki w ostatniej scenie Tickera (z legendarnej serii The Hire). Czuję się trochę jak ja sam z przyjazną ekipą pod Złotą Rybką w Karwii…

Zamykam drzwi, odpalam silnik, ruszamy. Życie jest tylko podrożą, którą wymyślam sobie ciągle na nowo…