środa, 14 marca 2018
Brighton Bathing Boxes - kolorowe spotkanie w zatoce Port Phillip
Brighton Bathing Boxes (budki kąpielowe na plaży w Brighton) to 82 drewniane domki utrzymane w stylu wiktoriańskim ulokowane nad samym brzegiem Oceanu około 12 km od ścisłego centrum Melbourne. Ich atrakcyjność polega na tym, że pomimo upływu lat (ponad stu), zachowały swój wiktoriański charakter (drewnianą konstrukcję i detal), a do tego każdy z domków pomalowany jest w wyróżniający je sposób. Miejsce fajne do odwiedzenia mimo, że plaża jeśli przymierzyć ją do standardów Sydneyskich raczej nie zachwyca. Przypomina mi jedną z miejskich plaż Gdyni (Orłowo..?) lub Gdańska, ale uważajcie - dziś nie jesteśmy w Trójmieście czy nad Pacyfikiem... Dziś jesteśmy u bram Oceanu Indyjskiego :-) I choć to tylko zatoka (Port Phillip), to czuć już w oddali jego obecność. Tego mi brakowało, na ten moment czekałem...
sobota, 10 marca 2018
Melbourne Olympic Park i Kings Domain Parklands
Taaak, oczywiście, że spłyciłem temat Melbourne w
ostatnim poście. Atrakcje tego miasta to coś więcej niż nie tylko kawiarnie,
winda i graffiti na ścianach. Jest tutaj Swanston Street, State Library of Victoria, Town Hall, Flinders Street Station, Queen Victoria Market, Royal Exhibition Building, Old Melbourne Gaol i wiele więcej...Tym miejscom jednak nie poświęciliśmy zbyt wiele czasu.
Trudno mi natomiast podsumować to wszystko co w Melbourne widziałem.
Chinatown jest dokładnie takie samo jak wszędzie indziej. Kolorowe, zatłoczone i brudne. Nie robi mnie już ta klimatyka. Może dlatego, że poznałem takie Chinatwons lepiej niż okazjonalny klient knajpki z plastikowym obrusem i złotym kotem machającym łapką.
Chinatown jest dokładnie takie samo jak wszędzie indziej. Kolorowe, zatłoczone i brudne. Nie robi mnie już ta klimatyka. Może dlatego, że poznałem takie Chinatwons lepiej niż okazjonalny klient knajpki z plastikowym obrusem i złotym kotem machającym łapką.
Architektura centrum Melbourne to chyba największe rozczarowanie.
Nie widziałem nic co mnie szczególnie zainteresowało. Jest to miks architektury
wiktoriańskiej (ok, ładnej) ze sporą domieszką postmodernizmu lat dziewięćdziesiątych i
początku wieku. Jeśli chodzi o etap wiktoriański Sydney wcale nie musi się
niczego wstydzić. Jeśli chodzi o ten rozdział z końca ostatniego wieku to te
eksperymenty chyba lepiej wychodziły w Europie… Nieco krzykliwa (o tym zaraz)
estetyka, która chyba nie obroni się przed upływającym czasem.
Fitzroy jako dzielnica "z klimatem" to
dla mnie po prostu substandard znajdujący się zbyt blisko centrum miasta (czego
nigdy nie powiedziałbym o Pradze). Budynki, z których większość dobiegła już
kresu swojej technicznej przydatności przypominają bardziej upadłe przedmieścia
Detroit, z których jacyś sprytni macherzy od real estate chcą wyciągnąć jeszcze
spore pieniądze na rzekomym artystycznym mirze. Nie wiem czym mierzy sie artystyczność
tej dzielnicy, ale chyba nie faktycznymi dokonaniami… Compton miałoby w tej
materii znacznie więcej do powiedzenia. Przypuszczam, że nawet dziś jadąc jego
ulicami nie tylko usłyszałbym gangsta rap, ale także pewnie odgłosy ulicznej
strzelaniny. Podobnie chodząc po Brooklynie nie musiałbym się specjalnie
wysilać by usłyszeć nowojorski rap Notoriousa Big, Jay-Z czy Bustha Rhymes.
Będąc w Berlinie prędzej czy później poczułbym (choć nie mój) klimat techno. W
Bristol z kolei dopadłby mnie Trip hop, acid jazz i downtempo. Podobnie
mam z Wiedniem, Hamburgiem, Warszawą... W Melbourne słyszałem tylko zbyt
głośne aborygeńskie dźwięki bez żadnego kontekstu puszczane przez ławeczki w
parku. O poranku zdecydowanie niszczyły spokój miejsc, w których były zainstalowane.
To odnośnie kwestii wcześniej wspomnianej krzykliwości (malej) architektury w
sensie dosłownym. Ok., nie da się ukryć… o artystycznej stronie Melbourne nie
wiem nic i może bezpieczniej będzie dla mnie, gdy ten rozdział uznamy za
zamknięty.
Co się zaś tyczy dzielnicy włoskiej, to tej z kolei pewnie nawet byśmy nie
zauważyli, gdyby nam jej nie zakomunikowano. Ale zakomunikowano, więc zjedliśmy pizzę w najstarszej pizzerii na kontynencie i na tym właśnie kończą się nasze z nią wspomnienia.
Woda... dla mnie warunek konieczny istnienia miasta (nadal nie rozumiem Łodzi). Na szczęście w Melbourne występuje woda w formie niezbyt wielkiej rzeki o wdzięcznej nazwie Yarra, ale naprawdę trudno ją porównywać (jakkolwiek ładną) z zatoką Port Jackson. Ocean? Nie mogę powiedzieć zbyt
wiele, o tym co nieco wkrótce.
Umówmy się, Melbourne jest fajny miastem, ale albo
nie poznałem go jeszcze za dobrze albo zbyt dużo od niego oczekiwałem.
Jedyną wyraźną przewagą Melbourne nad Sydney na
dziś dzień zdaje się dla mnie być Australian Open i F1 w Albert Park (Czarek
twierdzi też, że sklep Harley był też nieco lepszy niż ten w Sydney). Jeśli
zastanowić się nad tym, po której stronie się opowiem: Sydney czy Melburne? To
odpowiem bez zastanowienia. Na Australian Open i F1, podobnie jak do Krakowa na
Zakrzówek czy na Kazimierz mogę
wyskoczyć w weekend…
W Melbourne natomiast bez wątpienia podobały mi się
parki... Olimpijski, w którym za kilka dnia rozpocznie się Australian Open (znów retrospekcje) oraz grupa parków pod wspólną nazwą Kings Domain. I to zdjęcia (które niestety nie są najlepszym dokumentem) z wizyt w tych miejscach właśnie dzisiaj
Wam prezentuję.
poniedziałek, 5 marca 2018
Melbourne – Great Expectations
Intordukcja: Noworoczny post
coś sugerował i można się było domyślać, że trwa sortowanie zdjęć i zbieranie
do kupy wszystkich wrażeń... Trochę to trwało.
O Melbourne słyszałem dużo
dobrego jeszcze nim się tam wybraliśmy.
Słyszałem o europejskim
klimacie miasta, społeczności włoskiej nadającej miastu klimat, dobrym
transporcie publicznym i innej niż Sydneyska architekturze. Słyszałem również o
odwiecznym (być może trochę przesądziłem z odwiecznym) sporze pomiędzy tymi
dwoma miastami. Jak wysondowałem, spór ten to lustrzane odbicie tego co mamy
nad Wisłą na linii Kraków – Warszawa. Jest kilka podobieństw między tym co
tutaj a tym co w Polsce. Melbourne to dawna stolica kraju podobnie jak Kraków powołuje
się na przyjazny styl życia, kulturalny charakter, miłą dla oka architekturę. I
podobnie jak w Polsce to raczej mieszkańcy Melbourne prowokują dyskusję, która
ma udowodnić wyższość jednych nad drugimi. Przyznam, że coś mi tu zaczynało
podśmiardywać...
Ok, chciałem się jakoś do tego
wyjazdu przygotować. Przeczytałem kilka pierwszych stron w przewodniku, rozpytałem
kilku znajomych, poklikałem tu i tam i sie poddałem. Wielką zaletą Melbourne
miały być restauracje (o losie...), sprawny transport publiczny (tiaaa..
mieszkaliśmy w centrum I na nic nam był transport publiczny…), dobra kawa
(poważnie?) i hipsterski (jaki?) charakter artystycznej dzielnicy Fitzroy…. Czy
można było zacząć gorzej?
Do samolotu wsiadaliśmy bez wyraźnego
planu i bez alkoholu, który przeleciał pół świata by wyruszyć dziś z nami w
swoją ostatnią podróż. Nie wiem co gorsze?
W samolocie doczytałem, że
jednym z najwyższych budynków w Melbourne jest budynek Eureka, z windami, które
należą do najszybszych na świecie. Niestety autor na swoje nieszczęście podał wysokość
budynku i dokładny czas przejazdu. Przeliczyłem więc sobie w kalkulatorze jak
szybkie są te windy i wyszło mi około siedmiu metrów na sekundę… Hmmm...Nic
wielkiego – standardowa specyfikacja windy w warszawskich budynkach:
Rondo 1, WTT czy Sprire… Nawet Nowojorski nestor Empire State Building z
1931roku wyposażony był oryginalnie w windy o prędkości niewiele mniejszej, równej
6.1m/s. Ok., myślę sobie nie każdy musi takie rzeczy wiedzieć, ale najszybsze
windy poruszają sie dziś z prędkościami znacznie większymi (np. Shanghai Tower
z 2015 roku, 20.5m/s, Burji Khalifa z 2010 roku 10m/s). Abstrahując od tematów
technicznych. czy to na prawdę kolejna z Melbournerskich atrakcji? Wrzucam
przewodnik do schowka w fotelu. Szkoda na niego czasu… no i szkoda tego alkoholu…
Zaczęło się ciężko, ale to nic
złego, czasem plan układa się sam i na końcu może okazać się zdecydowanie
ciekawszy niż wszystko co moglibyśmy sami zaplanować. Wysiadając okazało się,że może być gorzej. Na miejscu przywitała nas szaruga, deszcz i Pan Josef w
Avisie. Pani Michelle musiała potem dużo prostować, aby jakoś przykryć te
pierwsze niekorzystne wrażenie w rentalu. Rozstajemy się w pokoju. Ostatecznie
Avis zdał egzamin. Z lotniska wyjechaliśmy wygrani. Musze przyznać, że szeroka
autostrada, zachmurzone niebo i lejący deszcz oraz nieznajome miasto w oddali
nie budziły we mnie pozytywnych skojarzeń... Taki pstryczek w nos na
przywitanie. W Sydney żegnało nas pełne słońce.
W końcu jednak dojechaliśmy do
miejsca naszego pobytu…
Opadły emocje, szybko oswoiliśmy nowe lokum
rewelacyjnie położone w samym sercu miasta. Z okien jak się okazało widać było areny,
na których rozgrywany jest co roku Australian Open a na sylwestrowy pokaz fajerwerków
po prostu wyszliśmy przed budynek.
Nie musieliśmy też daleko iść by zjeść
kolację w Chinatown a na koniec dnia okazało się, że dwa piętra pod nami znajduje
się sklepik, który serwuje alkohol. Od tego momentu było już tylko lepiej...
Jutro czeka nas zwiedzanie a
po jutrze Nowy Rok.
P.S. O czym może wiedzieć nie
tak znowu wiele osób (na co dzień około 12% populacji Ziemi), sylwester w lecie
to bardzo dobry pomysł.
Pozdro
niedziela, 25 lutego 2018
Cronulla - Big waves
Pierwotnie miał to być kolejny post z serii "okolice Sydney", ale potem okazało się że Cronulla jednak wchodzi w skład metropolii. Ze względu na lokalizację można mieć co do tego stanu rzeczy pewne wątpliwości. Żeby dotrzeć do Cronulli, leżącej na południowych przedmieściach Sydney trzeba w pociągu podmiejskim spędzić prawie godzinę. Cronulla ze względu na wspomnianą kolej łączącą ją z samym centrum Sydney, niższe niż zwyczajowe stawki najmu oraz dogodny dostęp do plaży jest bardzo ciekawą alternatywą dla mieszkania w jednej z tych drogich dzielnic północnego Sydney. O Cronulli nie ma co w zasadzie więcej pisać. W każdym bądź razie to nie nieruchomości przyciągnęły nas w to miejsce. Chcieliśmy po prostu zobaczyć kolejną plażę i być może tak byśmy ją zapamiętali, gdyby nie fakt, że tego dnia dobrze falowało. Pierwszy raz widziałem sytuację, w której surferzy chętniej wychodzili z wody niż do niej wchodzili. Biorąc pod uwagę, że są to tacy trochę tutejsi blokersi ("na desce dwa cztery na dobę, W największy deszcz, w najchu***dszą pogodę") była to sytuacja naprawdę dziwna. Za to ta trójka, która została w wodzie miała używanie. To jak się szybko okazało - miejscowa elita. Dzięki temu, my też mieliśmy na co popatrzeć. Pierwszy raz widziałem jak surefer spadał z fali pionowo w dół. Faktyczni przed weekendem, słychać było wśród surfujących kolegów z pracy, że szykuje się coś dużego. Trochę się wahałem, trochę zazdrościłem. W końcu pchany jakimś impulsem i ja ubrałem piankę, wziąłem płetwy pod pachę i udałem się w kierunku wody. Nim do niej doszedłem, poczułem na ramieniu czyjąś dłoń i usłyszałem za sobą "Odpuść dzisiaj Mejt". Popatrzyłem w twarz ratownika znajdującą się na końcu ramienia biorącego początek w dłoni leżącej na moim barku... Odpuściłem.
Cronulla - Big Waves. Galeria Foto.
Nie lekceważcie Oceanu. Ostatnio daje mi nieźle w kość. Woda zawsze upomina się o swoje kiedy straci się do niej szacunek.
Nie lekceważcie Oceanu. Ostatnio daje mi nieźle w kość. Woda zawsze upomina się o swoje kiedy straci się do niej szacunek.
niedziela, 18 lutego 2018
Kangaroo Valley - Fitzroy Falls - okolice Sydney
Wracając z Jervis Bay warto zmodyfikować nieco trasę i postawić na powrót do miasta drogą numer B73. Nawet jak nie zatrzymacie się nigdzie po drodze, nie powinniście żałować delikatnego nadłożenia trasy. Widoki zza okna samochodu są po prostu bajkowe. Trochę jak Bieszczady w środku sezonu letniego. Tylko te kolory jakby podciągnięte jakimiś jaskrawszymi filtrami. Trasa ta jest idealna na moto. Są widoki, wiraże, serpentyny, wspinaczki i zjazdy. Taka lokalna dolina Stelvio. Co do samej nazwy doliny to myślę, że nie ma potrzeby nic wyjaśniać. Na jednym z wiraży, przy drodze faktycznie przyglądał nam się kangur. Biorąc pod uwagę, że akurat w mojej głowie toczył się wirtualny rajd pomiędzy mną a dobrze jadącym przede mną Defenderem można powiedzieć, że poczułem się trochę jak Peter Solberg obserwowany przez przydrożnego kibica.
Gdy już myślałem, że po serii szybkich wiraży dogonię w końcu Land Rovera na następnej prostej, nagle z zatoczki wyjechała biała Toyota. Jak się chwilę później okazało Maciasa i Kero....
I dobrze, zatrzymaliśmy się, pogadaliśmy i tak trafiliśmy do Fitzroy Falls. Tam właśnie sugerujemy zatrzymać się na krótką przerwę w drodze do Sydney. Miejsce oferuje parking, centrum informacji turystycznej, kilka tras pieszych i przed wszystkim ładne widoki.
Rajdu niestety nie ukończyłem...
Widokowa Trasa B73 - Kangaroo Valley
I dobrze, zatrzymaliśmy się, pogadaliśmy i tak trafiliśmy do Fitzroy Falls. Tam właśnie sugerujemy zatrzymać się na krótką przerwę w drodze do Sydney. Miejsce oferuje parking, centrum informacji turystycznej, kilka tras pieszych i przed wszystkim ładne widoki.
Rajdu niestety nie ukończyłem...
Hampden Bridge - drewniany most podwieszany na trasie B73
niedziela, 11 lutego 2018
Jarvis Bey Territory - Cave Beach - okolice Sydney
Niech Was jednak nie zaślepi pijarowa biel plaży Hyamas. To nie wszystko co w okolicy zatoki Jervis warto zobaczyć. Na południe od Hyamas Beach znajduje się Booderee National Park. Booderee w miejscowym dialekcie aborygeńskie znaczy obfitość i jest to nazwa, która wiele mówi o tym rejonie świata. W parku możecie spokojnie spędzić cały dzień. Oprócz odwiedzenia latarni morskiej na przylądku St George (nie byliśmy), spaceru do Ogrodu Botanicznego Booderee czy wizyty na plaży Hole in the wall (dziura w ścianie) warto także zobaczyć Cave Beach (plażę z jaskinią). Nie jaskinia jednak stanowi o atrakcyjności tego miejsca. To spektakularny lazur wody, szeroka, piaszczysta plaża i mała popularność wśród tubylców sprawiają, że na widok tej plaży zapomniencie na chwilę o otaczającej Was rzeczywistości równie szybko jak haslo do Netflixa... Nie mam wątpliwości, że jest to jedna z najładniejszych plaż jakie w swoim życiu widziałem (trochę jak Bałtyk poza sezonem w okolicach Karwii). P.s czy wiecie, że Netflix dziesięć lat temu też istniał i udostępniał w US filmy na płytach dvd via klasyczny list?
Proszę nie regulować odbiorników
Taka jest właśnie Cave Beach - nie ma co pisać, wystarczy popatrzeć.
Plaża Cave Beach jak i samo Booderee National Park leżą na tzw. Terytorium Jervis Bay.
Jest to obszar administracyjny wycięty z kawałka stanu News South Wales i podlegający formalnie administracji w Canberze (czyli stolicy kraju). Prawdopodobnie zabiegu takiego dokonano po to, aby stan stołeczny (Australia Capital Territory) miał dostęp do morza. Z innych ciekawostek (a trzeba przyznać, że jak na taki mały skrawek ziemi jest ich sporo) można powiedzieć, że teren ten można nazwać poniekąd australijskim Żarnowcem. To tutaj po akceptacji lokalizacji, zaprojektowaniu infrastruktury, wyrównaniu terenu pod budowę w 1971 roku (z nieznanych mi przyczyn) zakończono projekt budowy elektrowni atomowej. Mówiłem już, że jest tu trochę jak nad Bałtykiem w okolicach Karwii? Inną ciekawostką jest historia, którą opowiedział mi kolega z pracy. Teren ten jest ponoć aktywnym poligonem wojskowym i każdego dnia prowadzona jest ewidencja pojazdów wjeżdżających i opuszczających park. Nie wiem czy to prawda, ale faktem jest bramka kontrolna i obecność bazy wojskowej na terenie Parku. Oprócz bazy marynarki wojennej po środku parku znajduje się także lotnisko. Zadziwiające w tym wszystkim jest to, że dzisiaj ten teren kojarzy mi się głównie z lasem i pięknymi plażami. Gdzie oni ukryli to całe zło?
niedziela, 4 lutego 2018
Jervis Bay - Hyams Beach - okolice Sydney
Jeśli czujecie, że już wystarczająco zapoznaliście się z miastem i zaczynacie szukać miejsca na wypad poza jego granicami (które na dobrą sprawę nie wiem gdzie przebiegają) szybko zorientujecie się, że oprócz Blue Mountains to właśnie Jervis Bay będzie jednym z najczęściej rekomendowanych kierunków. Jervis Bay (czyt. Dżerwis Bej) to urocza zatoka jakieś 200km na południe od Sydney. Jervis to także popularny temat do przedweekendowych dyskusji w biurze. Zwłaszcza wtedy, gdy na horyzoncie pojawia się jakaś wizja dłuższego niż zazwyczaj weekendu. Nic w tym dziwnego, to jedno z tych ulubionych miejsc miejskiej gawiedzi na 2-3 dniowy wypad poza miasto... Jervis w takich momentach dla Sydney jest tym czym Mazury są w czasie majówki dla Warszawy. Chociaż używając skali właściwej dla kontynentu, trzeba by raczej powiedzieć Jervis jest dla Sydney tym czym Zalew Zegrzyński dla Warszawy.
Należy pamiętać, że do Jervis Bay można pojechać kontynentem. W tym wypadku austostradą M1, ale będzie to w pewnym sensie pójście na łatwiznę. To trochę tak samo jak w przypadku Interstate 5 w Kalifornii. Jeśli chcesz dostać się z SF do LA w miarę szybko - wybierasz piątkę, ustawiasz tempomat i odliczasz pięć godzin, ale jeśli masz trochę więcej czasu... nie wahaj się i pojedź "jedynką". Taką jedynką (popularnie zwaną w CA Big Sur) tutaj w New South Wales jest Grand Pacific Drive biegnąca nad samym Oceanem. Jest to malowniczo położona droga, która raczej później niż szybciej doprowadzi Was do celu. To właśnie na Grand Pacific znajduje się Sea Cliff Bridge ( czyt. Si klif Brydż) zamieszczany na wielu zdjęciach reklamujących region.
W przypadku dróg takich jak Grand Pacific Drive nie chodzi jednak o sam cel... tu liczy się podróż. Tak było i tym razem. Do Jervis wybraliśmy się większą ekipą, czyli z rodziną, która przyjechała do nas z Polski. Była to podróż podsumowująca w jakimś sensie ich australijski wypad. Nie było więc pośpiechu, był relaks, plaże, punkty widokowe i było bardzo miło... Właśnie to czego od takich miejsc (ale nie koniecznie od rodzinnych wypadów ;-) ) oczekujesz...
Co do Jervis Bay to jest to świetne miejsce. Bardzo relaksujące, z pięknymi plażami i wieloma atrakcjami zostawionymi nam tutaj przez naturę. Centralnym miejscem Jervis Bay jest plaża Hymas Beach (czyt. Hajamas Bicz).
W bardzo wielu przewodnikach i poradnikach uznawana za plażę z najbielszym piaskiem na świecie. Niby łatwo to sprawdzić klikając w Googlu. Jestem jednaka sceptyczny co do takich deklaracji i dlatego postanowiłem ten stan rzeczy zweryfikować osobiście. Rezultat mojego „dochodzenia” możecie ocenić sami.
Jeśli chodzi o powrót do Sydney to koniecznie musicie pojechać drogą B73 przez Kangaroo Valley, ale wtedy to będzie temat na inną już opowieść...
Pozdrawiamy
Należy pamiętać, że do Jervis Bay można pojechać kontynentem. W tym wypadku austostradą M1, ale będzie to w pewnym sensie pójście na łatwiznę. To trochę tak samo jak w przypadku Interstate 5 w Kalifornii. Jeśli chcesz dostać się z SF do LA w miarę szybko - wybierasz piątkę, ustawiasz tempomat i odliczasz pięć godzin, ale jeśli masz trochę więcej czasu... nie wahaj się i pojedź "jedynką". Taką jedynką (popularnie zwaną w CA Big Sur) tutaj w New South Wales jest Grand Pacific Drive biegnąca nad samym Oceanem. Jest to malowniczo położona droga, która raczej później niż szybciej doprowadzi Was do celu. To właśnie na Grand Pacific znajduje się Sea Cliff Bridge ( czyt. Si klif Brydż) zamieszczany na wielu zdjęciach reklamujących region.
Sea Cliff Bridge. Zdjęcia ze strony www.illawarramercury.com.au
Płycizny w rejonie Lake Illawarra (czyt. Lejk Ilałara). Fajne miejsce na popołudniowy odpoczynek i pomoczenie kończyn.
Latarnia w Kiama. Warto się tu zatrzymać.
Widok z Saddleback Mountain lookout
Gdzieś po drodze na Grand Pacific Drive
Hyamas - trudno się zorientować gdzie kończy się plaża a zaczyna woda
Hyamas - ponoć najbielszy piasek na świecie
W pojemniczku znajduje się próbka piasku z Whiteheaven Beach na Whitsunday Island (QLD). To co obok to ponoć najbielszy piasek na świecie. No nie wiem...
Pozdrawiamy
Subskrybuj:
Posty (Atom)
