środa, 8 listopada 2017

Brisbane to nie Sydney. Sydney to nie Australia... Dzień 2.

W Queenslanderach o tej porze roku śpi się wyjątkowo dobrze. Nie wiem czy to zasługa ciepłych nocy, mikroklimatu tych lekkich drewnianych domków, wakacyjnego klimatu Brisbane czy alkoholu, który wciąż krąży we krwi. Może to być także kombinacja kilku lub wszystkich tych czynników na raz. Mimo poranka na wolnych obrotach wcale nie zwalniamy tempa.

Na miasto tego dnia wypadamy w sumie trzy razy.
Przed południem zwiedzamy centrum miasta. Brisbane, co mnie trochę zaskoczyło nie ma tak bezpośredniego kontaktu z Oceanem jak chociażby Sydney. Owszem znajduje się wcale nie tak daleko od niego (około 14km), ale w zasadzie mówi się, że leży nad rzeką. Rzeką o tej samej nazwie, która stanowi wyraźną oś miasta. Właściwie w samym mieście nie czuć bliskości Oceanu, ale na pewno czuć wakacyjny luz. Centrum, do którego właśnie się wybraliśmy leży na cyplu meandrującej w tym miejscu rzeki. Podczas tego wypadu zaliczamy miejski ratusz ze strzelistą wieżą na wzór włoskiego renesansu, budynek Treasury Casino, klasycystyczny budynek General Post Office oraz przyległe Anzac Square. Anzac Square to właściwie mały park z kilkoma tematycznymi rzeźbami, na szczycie którego znajduje się charakterystyczny monument w klasycznym greckim stylu. Tu zatrzymujemy się na dłużej. Po środku rotundy stworzonej z kolumnady płonie wieczny ogień upamiętniający poległych żołnierzy korpusu ANZAC. Kolumnada zwieńczona jest fryzem, na powierzchni, którego wyryto miejsca pamięci związane z wojnami, w których brali udział Anzacy. Miejsce skłania do zwolnienia tempa, ale tutaj i tak dzisiaj wszystko dzieje się na pół gwizdka, jest to naprawdę przyjemny dzień. Siedząc w parku, delektujemy się wakacyjnym klimatem stolicy regionu. Klapki, T-shirt, okulary słoneczne to dla nas od dziś obowiązkowy zestaw tzw. Queenslandzki. Z parku kierujemy się w kierunku rzeki, mijamy jeden z najstarszych budynków w Brisbane czyli Custom House (Urząd Celny) i schodzimy nad brzeg rzeki, z którego widać najbardziej charakterystyczny most Brisbane - Story Bridge. Brzegiem rzeki docieramy do miejskiego ogrodu botanicznego (Brisbane City Botanic Garden) i tu kończymy sesję przedpołudniowego zwiedzania.
Po południu zaliczamy inny rejon dzielnicy centralnej nazwany przez lokalsów South Bank. Jest to 17-hektarowy teren rozciągający się nad samą rzeką, na terenie którego w roku 1988 odbyła się światowa wystawa EXPO. Dzisiaj teren ten z powodzeniem pełni funkcje towarzysko-kulturalne. Tutaj właśnie znajduje się Biblioteka Stanowa, Queensland Museum, Queensland Gallery of Art oraz Gallery of Modern Art, którego architektura luźno przypomina mi moje podwórko i niedawno otwartą Galerię Północną w Warszawie. Na terenie South Bank, mimo tak licznej reprezentacji ośrodków kultury nie działoby się jednak wiele, gdyby nie parki, restauracje, kawiarnie, stosika targowe a także...sztuczna plaża z ratownikami i kinem. Tak, to właśnie ten mix funkcji stanowi o atrakcyjności tego miejsca. Tak mi się przynajmniej wydaje. Jak myślę jest coś oryginalnego w tym miejscu, ponieważ jak do tej pory nie spotkałem nigdzie indziej miejsca, w którym po wyjściu z muzeum można posiedzieć na plaży z nogami w wodzie i pooglądać film serwowany razem z trunkiem pod gołym niebem. Tutaj kończymy sesję popołudniową. W nocy na pożegnanie z Brisbane proszę Nikodema o wyskok na jeden z okolicznych mostów. Jest to niezwykle klimatyczne pożegnanie z miastem. Nikodem pokazał nam Brisbane jakiego nie spodziewałem się zobaczyć. Jestem bardzo usatysfakcjonowany ilością miejsc jakie tego dnia zobaczyliśmy. Dzień jest pełen atrakcji i przynosi kolejne przemyślenia na temat bardzo przyjaznego charakteru Brisbane. Sydney jako stolica biznesowa kontynentu nie daje takiego poczucia luzu. A to, że jestem akurat na wakacjach myślę ma na to poczucie niezbyt przesadnie wielki wpływ... Wracamy do przyjaznego Queenslandera na uboczu dzielnicy centralnej i tak kończymy drugi dzień podróży...

Wkrótce wyruszymy poza miasto by wspólnie przebyć wschodnim wybrzeżem Australii ponad 2000 km w kierunku mekki wszystkich nurków - Cairns, czyli stolicy Wielkiej Rafy Koralowej. Uwaga! Niedługo na blogu zadebiutuje także Ewa ( a jak mi się wydaje także i Bruno), którą przymusiłem :-) do pisania relacji z wyprawy. Opis dalszych dni to już dwoje narratorów (wreszcie), ale żeby było ciekawiej ja piszę o sobie zarówno w pierwszej jak i trzeciej osobie liczby pojedynczej. Nie będzie wcale łatwo, ale może czytając po latach...ciekawie :-)


piątek, 3 listopada 2017

Brisbane to Cairns. Road trip. Dzień 1

"Podróż w trzeci wymiar tymczasowości"

Sydney- Lane Cove 09.09.2017

Jest dziewiąty dzień września Roku Pańskiego 2017. Sobota. Dzień jest ciepły i bardzo słoneczny. Stoję na przystanku autobusowym pod domem. Na plecach mam worek wodoodporny, z którego wystają płetwy, z przodu do klatki piersiowej przylega czarny plecak Lowepro wypełniony niezbędnym sprzętem elektronicznym, w ręku trzymam  złożony wózek dziecięcy. Czekam na taksówkę, która zawiezie nas w podróż...podróż (jak ją nazywam) w trzeci wymiar tymczasowości. Pierwszym wymiarem jest sam kontynent, na którym jesteśmy tylko tymczasowymi gośćmi. Drugim wymiarem jest mieszkanie, z którego przed chwilą wyszedłem. Nie wiemy o tym jeszcze na pewno, ale wkrótce okaże się, że będziemy musieli niedługo je opuścić. Trzeci wymiar tymczasowości to rzeczy, które ze sobą mam. Przez najbliższe 15 dni będziemy żyć i spać we trójkę na przestrzeni ograniczonej kubaturą samochodu typu van. Spakować trzeba było tylko niezbędne rzeczy. Dla mnie ważniejszy jest sprzęt niż ubrania, ale i tak pierwszeństwo w wypełnianiu tej skromnej przestrzeni ładunkowej miał B i jego gadżety... Czas mija, stojąc na przystanku przeklinam spóźniającą się taksówkę i te cholerne aplikacje telefoniczne. W Warszawie mam jeden numer telefonu i jedną osobę, która niezawodnie odbiera zlecenia o każdej porze dnia i nocy. Tutaj mam automat, który nie rozumie tego co mówię. Przekaz zagłuszany jest gwarem dochodzącym z ulicy a maszyna mówi "Sorry, nie usłyszałam twojej odpowiedzi..." To tym bardzie dla mnie wkurzające, że chodzi o proste słowo "yes". Jestem zły, nie lubię tych tępych maszyn i przede wszystkim nie lubię się spóźniać. Nie wiem jeszcze tego, ale taksówką która w końcu zaraz przyjedzie wyruszymy w jedną z największych podróży w naszym wspólnym życiu.

Sydney- lotnisko krajowe 09.09.2017

Na lotnisko przyjeżdżamy z ponad godzinnym zapasem. Mimo chwilowych problemów z taksówką sytuacja na lotnisku wydaje się opanowana. Oczywiście krótko ostrzyżony, biały facet w czarnym polo i bojówkach typu Urban Tactic z wojskowym paskiem wydaje się być ochronie lotniska podejrzanym typkiem. Zostaję wyrywkowo skierowany na kontrolę GSR (gunshot residue) i po wszystkim mówię do dwa razy mniejszego ode mnie Hindusa "jeśli złapiecie w ten sposób chociaż jednego terrorystę to róbcie takich kontroli jak najwięcej". Facet wydaje się być nieco zdeprymowany tą uwagą i moim zdaniem ma ku temu powody. Moja mina nie wyraża uznania dla poziomu przeprowadzonej kontroli. Uśmiecham się i odchodzę. To jednak temat na inne zajęcia... Pakujemy swoje zabawki i idziemy w kierunku gastronomii. Jeszcze tylko pół godziny jeżdżenia z B. po schodach w górę i w dół,  szybka miska u tajczyka i idziemy pod bramkę. Przed nami pierwsza krajowa podróż samolotem.

Brisbane- lotnisko krajowe 09.09.2017

Na lotnisku czeka na nas Nikodem (pozwólcie, ze tak go Wam przedstawię). Naszą wspólną znajomą jest jego siostra. Nikodem swoim ubiorem zwiastuje to co o Brisbane zaczynamy powoli myśleć. To jest prawdziwa Australia! T-shirt, klapki, okulary przeciwsłoneczne. Krótkie przywitanie, wsiadamy do samochodu i jedziemy do domu N.

Brisbane, Mt. Coot-tha Summit Lookut 09-10.09.2017

W bardzo fajnym, typowym dla tej okolicy domku z ogrodem poznajemy rodzinę Nikodema. Krótko witamy się z nowym miejscem i na jego pytanie czy chcemy zobaczyć trochę Brisbane odpowiadamy - Tak! Jest już ciemno kiedy wyjeżdżamy, ale pogoda nadal dopisuje. Jedziemy zobaczyć punkt widokowy na górze  Mt. Coot-tha. Z góry rozciąga się widok na całe miasto, którego światła wibrują w dole. Miejsce przyciąga motocyklistów oraz królów i królowe nocnego życia - jest knajpka, jest lokal z obrusami, miejsca do siedzenia na zewnątrz i altanka z której można podziwiać widok nocnego miasta. Super! Zamawiamy coś do picia, patrzymy z góry na miasto i rozmawiamy. Ja staram się też zrobić jakieś zdjęcia. B jednak zaczyna marudzić, wiec zbieramy się do domu. N. opowiada nam o mieście, życiu w Queensland i o sobie. Odnoszę wrażenie, ze w opowiadaniu jest precyzyjny i raczej nie nadużywa tej formy komunikacji - to taka rzadko spotykana cecha wśród informatyków :-). Znamy się zaledwie kilka godzin, ale od razu bardzo spodobała mi się jego bezinteresowna chęć pokazania nam miasta. Wracamy do domu, noc jest ciepła, siadamy w t-shirtach na werandzie a na stoliku ląduje Johny Walker Double Black. Bajka! Jest to moje pierwsze whisky od czasu wyjazdu z kraju i od razu w debiucie trafiam na przyzwoity trunek. Rozmawiamy a buteleczka stopniowo się opróżnia. N. Okazuje się dobrym towarzyszem rozmowy. Powiem Wam tylko tyle, ze N. pracuje nad tym wszystkim co mnie dziś przed południem tak wkurzyło. Uczy maszyny uczyć się na własnych doświadczeniach (zbiorach danych). Jest to coś co zbliża nas do sztucznej inteligencji i pewnie nie znanych dotąd jeszcze problemów. To jest obecnie bardzo gorący temat w branży IT - jest nadzieja, że te durne aplikacje w końcu zmądrzeją, ale ja już chyba nie chce być tego świadkiem... N. pożycza mi na czas podróży książkę Bartosiaka, która jeszcze w Warszawie chodziła mi po głowie. Spada mi z nieba z tą propozycją ponieważ na lotnisku w Sydney narzekałem na brak czegoś do czytania w czasie podróży. W tak zwanym między czasie zawartość buteleczki nie wiadomo kiedy znika. Rozmowa się klei i mimo tego że już po północy, Nikodem proponuje 20-minutowy spacer po okolicy. Dwadzieścia minut trwa prawie półtorej godziny a ja czuję się wreszcie jak na wakacjach... w ogóle w końcu czuję się jak w Australii, którą sobie przed wyjazdem wyobrażałem. Po drutach wysokiego napięcia i po okolicznych drzewach przebiegają Possomy a nad głowami przelatują nietoperze o rozpiętości skrzydeł dochodzących do dobrego metra... jest po pierwszej w nocy. Lubię takie spacery, lubię to co do tej pory zaprezentowało mi Queensland i na koniec uświadamiam sobie, że lubię też te gigantyczne nietoperze :-)

Mt. Coot-tha Summit Lookout

środa, 1 listopada 2017

Plaże północnego Sydney - pierwsze podsumowanie

Mapka pokazuje opisane przeze mnie do tej pory plaże północnego Sydney, które odwiedziliśmy pomiędzy czerwcem a październikiem 2017. Kolorem innym niż niebieski zaznaczono także przybliżoną lokalizację miejsc nurkowych, które odwiedziłem w sierpniu.

Plaże północnego Sydney. Część 1


piątek, 27 października 2017

Dee Why - namiastka wczasów przed wakacjami


Plaża Dee Why jest zbudowana zgodnie z wzorcem plaży idealnej według standardów sydnejskich. Ładnie położona pręży się ku Słońcu delikatnym łukiem na odcinku 1,2 km. Pas przyjemnego w dotyku piasku oddziela wody morza Tasmana od pasa zieleni konstytuującego swoim kształtem i funkcją lokalny park rozrywki. Wody Wielkiego Błękitu gwarantują tutaj relaks zarówno surferom, nurkom jak i spragnionym odpoczynku plażowiczom.
To właśnie tutaj, niedaleko od tego miejsca odbyłem swoje pierwsze nurkowanie na nowym kontynencie. W rejonie północnego końca plaży, tam gdzie znajduje się Long Reef Point znajduje się nurowisko nazywane przez lokalsów "The Apartments". Jest ono wymieniane przez wszystkich płetwonurków jako jedno z najlepszych w okolicy. To oczywiście jest cel mojej najbliższej podwodnej podróży. Teraz wróćmy jednak na powierzchnię…

Mniej więcej po środku plaży znajduje się laguna Dee Why. Niestety nie miałem okazji jej jeszcze eksplorować. Sama plaża jest na tyle atrakcyjna, że na pewno tu jeszcze wrócimy i być może wtedy zobaczycie też coś więcej niż kilka bardzo poglądowych zdjęć poniżej. B póki co chce przekopać plażę w poprzek. Jest zakochany w koparkach, wywrotkach, (także pociągach) i wszelakim innym sprzęcie budowlanym o czym przekonuję się podczas zabawy w piasku. Nic innego na tym etapie rozwoju go nie interesuje, odczuwam z tego powodu pewną satysfakcję :-) . Plaża wciąga…Odwróćmy się jednak twarzą do Oceanu. W czasie słonecznych dni, woda w płytszych rejonach ma bardzo ładny turkusowy kolor. Jeśli nosisz okulary z polaryzacją, masz prawo myśleć, że jesteś w jednym z tych tropikalnych rajów.
W parku, o którym wspomniałem, a który teraz mamy za plecami znajduje się wszystko to co wzorzec sydnejskiej plaży powinien oferować. Zdroje uliczne, węzeł sanitarny z przebieralnią, plac zabaw dla dzieci, miejsce do grillowania. Wszystkie te atrakcje zgrupowane są przy południowym krańcu plaży. Ten wzór powtarza się już któryś raz. Nie sposób nie zauważyć tej analogii. Park, w którym teraz się znajdujemy oddziela od krótkiej promenady handlowo-usługowej lokalna uliczka z parkingiem po jednej stronie ulicy. Gdyby odwrócić kierunek parkowania (i kierunek ruchu ulicznego w ogóle) można by powiedzieć, że plaża powtarza model miejscowości wczasowej na wzór tzw. Karwieński. Ten wzorzec oprócz wspomnianej przed chwilą nadbałtyckiej miejscowości widziałem już na Ballmoral, Manly I Collaroy (o którym kiedy indziej)
Nazwa plaży zaskakuje, ale te próby wytłumaczenia jej pochodzenia, które znam mnie nie przekonują. Dla mnie oznacza to ni mniej ni więcej, że nie ma na nią sensownego wytłumaczenia… Najbardziej prawdopodobne mówi o tym, ze irlandzki odkrywca John Meehan, który przybył w te okolice około roku 1815 w swoim notatniku z podróży oznaczył ołówkiem pewien okoliczny wiciokrzew (honey suckle tree) właśnie literami Dy beach. Co miał oznaczać skrót Dy? To niestety podlega już tylko spekulacjom. Notatkę datuje się na dzień 27 września 1815 roku i ja taka legendę na potrzeby tej chwili kupuję…
Razem z legenda kupuję też plażę, Ocean i klimat tego miejsca, który sprawia, że czujemy się tu trochę jak na prawdziwych wakacjach.
Nic jednak nie trwa wiecznie, czas wracać. Tutaj w Dee Why poważnie zaczynamy myśleć o zbliżającej sie wyprawie… Na jednej z tutejszych uliczek siedzę sobie teraz w samochodzie z cholernie seksownymi drzwiami bez ramek, delektuję się wczasowym klimacikiem okolicy. Czuję się trochę jak Don Johnson w białym Ferrari na ulicach Miami. Trochę jak Clive Oven w BMW Z4 gdzieś na południu Afryki w ostatniej scenie Tickera (z legendarnej serii The Hire). Czuję się trochę jak ja sam z przyjazną ekipą pod Złotą Rybką w Karwii…

Zamykam drzwi, odpalam silnik, ruszamy. Życie jest tylko podrożą, którą wymyślam sobie ciągle na nowo…



piątek, 20 października 2017

Palm Beach i Whale Beach - najbardziej północne z Sydnejskich plaż

Była to przełomowa wyprawa ponieważ pierwszy raz na wycieczkę wybraliśmy się własnym środkiem transportu kołowego. Podróż przebiegła bez problemów, ale jednak towarzyszył jej mały stresik... nie wiadomo było właściwie w jakiej kondycji jest samochód i czy nie zrobi nam po drodze jakiegoś psikusa. Wszystko odbyło się jednak według planu. Podróż na północ zajęła nam około godziny i muszę przyznać, że sama trasa i jej przebycie jest już wystarczająco atrakcyjne. Trochę serpentyn, trochę lasu, czasem jakiś mostek, czasem trochę wody. Dobre miejsce na wypad moto, ale to jednak nie tym razem. Na miejscu kieruje się od razu w stronę plaży, to nie ja dziś jednak decyduję w którym kierunku ostatecznie pójdę. Nim się zorientowałem w czym rzecz, Bruno był już przy karuzeli a Ewa podążała w jego kierunku. Czyli tak jak zwykle, nim osiągniemy cel podróży odwiedzamy najpierw...plac zabaw. Tam odbywa się znany każdemu rodzicowi ceremoniał. Cały czas zastanawiam się jednak, jak wygląda tutejszy Ocean. Miałem przeczucie, że za pagórkiem, który oddziela plac zabaw od Oceanu czeka na nas coś spektakularnego...czuć, że coś wielkiego jest blisko, ledwie na wyciągnięcie ręki. Po godzinie udajemy się w końcu na plażę. Jest całkiem miło, ale chyba znów te palmy w nazwie mnie trochę zmyliły. Spodziewałem się jakiejś pocztówkowej scenerii rodem z tropików, tym czasem jest miło, ale klimat bardziej północny. Tak, właściwie coś w tym jest, miejsce to przypomniało mi...północną Kalifornię (i miejscowość Eureka). Plaża jest długa i zakończona cyplem, na której znajduje się latarnia morska. Właściwie plaża Palm Beach z sąsiednią Whale Beach współtworzy ten cypel. Trasa do latarni i widok spod niej jest ponoć jedną z większych atrakcji tego miejsca. My jednak nie możemy tego potwierdzić, ze względu na niezbyt klarowną sytuację pogodową odkładamy ten spacer na inny czas. Zdjęcia z Google pokazują, że chyba warto tam się będzie jednak kiedyś wybrać. Zamiast spaceru jest zabawa z Brunem na plaży, pozowanie na tle napisu, pod którym wszyscy robią sobie zdjęcia. Nie wiemy o co chodzi, ale wygląda to na lokalną atrakcję. Coś jak sklep z polskiego serialu "Ranczo". Bezrozumnie, za tłumem stajemy i my... Tak, muszę to przyznać, wcale nie jestem lepszy od reszty turystów z kijkami :-). Po wszystkim okazało się, że szyld Summer Bay, pod którym pozowaliśmy, to tak naprawdę fikcyjna miejscowość stworzona na potrzeby drugiej pod względem długości emisji australijskiej opery mydlanej  "Home and Away". W Polsce serial emitowany był pod tytułem "Zatoka Serc". Tak więc okazuje się, że analogia do serialu "Ranczo" jest jak najbardziej na miejscu. Z Palm Beach, które wierzę że jest naprawdę fajnym miejscem do życia, można dolecieć samolotem wodnym do Rose Bay, w którym jak Wam mówiłem jest jedyne w Sydney lotnisko wodne. Jednak teraz Fu*k Rose Bay. Wracając do samochodu spotykam po drodze osobliwą Włoszkę. Lekko zdradzam podniecenie, Ewa odpuszcza. To nie jest tak, że onieśmielają mnie dziewczyny o długich nogach i wzroście 180plus. Przeciwnie bardzo dobrze czuję się w ich towarzystwie. Pod tym względem jestem trochę Romanem Polańskim. Wiem czego chcę i nie boję się po to niebezpieczne piękno sięgać. Wyciągam aparat i trochę tonę :-) Słyszę jak jakaś amerykanka pyta obok, a może mi zrobiłbyś zdjęcie? Odpowiadam uśmiechem, w normalnych okolicznościach tak :-) dopowiadam sobie w głowie. Wracam do Włoszki, w detalu jest piękna. Detal zawsze stanowi o ostatecznej wartości. Linia jest ponadczasowa, kolor jedyny właściwy, tylko uwypukla te wdzięki. Rozpływam się i chyba lekko zapominam. Mija jakaś dłuższa chwila. Już chyba tylko Bruno jest w stanie płaczem oderwać mnie od sesji. Ewa już jakby odpuściła. Jeszcze kilka zdjęć, słyszę nerwy młodzieńca, wracam do rodziny... Mam jeden fetysz, o którym tydzień później powiem Ewie, że jest najbardziej seksownym ze wszystkich detali jakie mnie w motoryzacyjnym arsenale kręcą. To z resztą powiedziałem już Ewie jakiś czas temu w warszawskim salonie BMW podczas premiery nowej serii pięć. "Następny samochód nie będzie miał ramek", tak skonstatowałem nasz pierwszy kontakt z serią cztery gran coupé. Tak, to wyraźnie da się zauważyć, mam słabość do specyficznej grupy silnych Niemek o wyraźnie androgenicznym rysie. Inne mnie nie interesują aż tak bardzo. Ta przypadłość to pozostałość z czasów wczesnej podstawówki i pierwszym z nią kontakcie. Tutaj jednak czas na eksperyment, nieliczni wiedzą o mojej fascynacji filigranowymi Azjatkami, ale to już wykracza poza bezpieczne (dla mnie) kręgi motoryzacyjne. Przeciwnie, w bezpiecznym świecie motoryzacji, Azja dla mnie prawie w ogóle nie istniej...można poza kilkoma bardzo nielicznymi wyjątkami takimi jak Landcruiser, Patrol, kwadratowy Scion, Wankl Mazdy czy bokser Subaru. Pakując wózek do bagażnika uśmiecham się do siebie, do tych magnetycznie przyciągających wzrok bezbramkowych drzwi, do przyspieszenia, które na papierze zostawia w tyle moje dwie ostatnie Niemki i do tej symetrycznej trakcji, dla której wielu traci głowę i plecie potem straszne bzdury... a co do Whale Beach to jest to druga najbardziej z wysuniętych na północ plaż z mnóstwem serpentyn po drodze. Jest kameralna, tak jak kameralny jest obsługujący ją parking i lokalna knajpka. Co zaraz zobaczycie na zdjęciach, to sobie dopowiedzcie już sami, ja mam dziś w głowie chyba coś innego :-)





Zdjęcia zrobiono w Sierpniu, czyli w środku tutejszej zimy.

Pozdrowienia

piątek, 13 października 2017

Freshwater beach, piknik o wschodzie Księżyca

Jeśli jednak stojąc na Manly twarzą do Oceanu zdecydowalibyście się pójść w lewo... też nie stracicie. Po około 25 minutach marszu i krótkiej wspinaczce na klif zobaczycie kolejną z tutejszych plaż - Freshwater beach. Ze względu na wspomniany klif jest ona nieco bardziej kameralnym miejscem, ułamek turystów decyduje się na wizytę tutaj. Plaża ma raczej charakter lokalny. Jest ładnie domknięta ostrogami klifu z jednej i nieco niższym cyplem z drugiej stron, tworząc tym samym doskonałe warunki dla surferów. Plaża ta, co ciekawe, jest symbolicznym miejscem narodzenia surfingu w Australii. W 1914 roku (niektóre źródła podają rok 1915), właśnie na plaży Freeshwater, Hawajczyk Duke Kahanamoku zaserwował miejscowym pokaz swoich umiejętności pływania na desce surfingowej. Ten właśnie moment uznawany jest za najbardziej znaczący w historii rozwoju tego sportu na kontynencie australijskim. Deska, której wtedy Kahanamoku używał jest do dziś przechowywana w klubie sportowym „Freshwater Surf Club”. Dukowi wystawiono także pomnik na cyplu Freshwater, którego niestety sam jeszcze nie widziałem. Duke w czasach pionierskich był znany powszechnie jako „Ojciec surfingu”. Cieszę się, że dotarłem (nieco przypadkowo) do tych informacji, ponieważ od dłuższego czasu zastanawiałem się co było w surfingu pierwsze? Australijska kura czy hawajskie jajo? Na szczęście dane mi było odwiedzić obydwa te miejsca, więc nie muszę się tym dylematem zbytnio dalej zajmować. Znam natomiast ludzi, których marzeniem jest odwiedzić przynajmniej jedno z nich. Wiem, że pracują, szkolą, pływają i marzą. Ja im tego spełnienia naprawdę szczerze życzę...

Wracając do samego miejsca... Na szczytach klifów w Ocean wgapiają się salony tutejszych rezydencji... Nad dachami wyrasta kilka dźwigów. Miejsce przyciąga. Jest doskonałym azylem do smakowania uroków życia w Sydney, zaledwie 17km od jego biznesowego centrum. Po pracy (jeśli w ogóle jeszcze musisz pracować) widok za oknem zupełnie zmienia perspektywę...

Dla mnie freshwater to pierwsze spotkanie z tutejszymi freediverami, wiszenie w toni i czekanie na dobre fale razem z surferami, piknik na plaży i wschód Księżyca nad linią horyzontu :-)
O legendzie tego miejsca dowiedziałem się nieco później...


Widok z Klifu
Plaża Freshwater
Cressi Gara podróżują ze mną już 12 lat
Reprezentuję styl wolny
To nie jest zachód Słońca

To jest wschód...
Wschód Księżyca...
 

piątek, 6 października 2017

Shelly Beach - póki co, moja ulubiona z północnych plaż

Shelly Beach to póki co moja ulubiona z północnych plaż. Jeśli napawaliście się już niezwykłym klimatem plaży Manly, sugeruję udać się spacerkiem w kierunku południowym (czyli w prawo jeśli w danym momencie patrzycie na Ocean). Około 10 minutowy spacerek brzegiem Oceanu zaprowadzi Was na urokliwą i o wiele nniejszą od Manly plażę. Właściwie jest to zatoka, woda z reguły jest tu spokojna, plaża klimatyczna i bardzo przyjazna. Jak sobie wyobrażam, w lato jest też pewnie tłoczno, ale zimą udało nam się spędzić tutaj pare miłych chwil. Plaża ze względu na swoją dogodną dla nurków lokalizację (łagodne zejście z brzegu, bogactwo życia podwodnego, spokojna woda) jest często wykorzystywana przez lokalne centrum nurkowe. Dla mnie Shelly Beach była miłym odkryciem. Po pierwsze jest naprawdę urokliwa, po drugie jest przyjazna dla nurków, po trzecie pozytywnie zaskakuje. Z poziomu plaży nic nie zwiastuje tego co dzieje się pod wodą. Jeśli chodzi o bogactwo życia podwodnego, można poczuć się prawie jak w Egipcie. Na dowód tego załączam film, na którym zarejestrowałem moje spontaniczne spotkanie z Cuttlefish (czyli Mątwą), której nigdy wcześniej nie udało mi się spotkać na żadnym z nurowisk, na których dane mi było nurkować.

 
Freediving at Shelly beach

O tym, że jest to miejsce przyjazne dla nurków niech świadczy natomiast mikro pomnik wykonany w przybrzeżnej skale.
 Shelly jest dla mnie takim Gordons Bay północy. Bardzo fajne i klimatyczne miejsce :-)

 Shelly Beach - w drodze od strony Manly.

Ciekawostka: Jedną z atrakcji związaną z plaża Shelly jest pływanie wpław między plażą Manly a Shelly Beach właśnie. W dwie strony jest to trasa około 1.5km. Trasa jest dosyć popularna, szczególnie o 7. rano.