czwartek, 14 grudnia 2017

Brisbane to Cairns. Cairns - w obawie przed dogonieniem marzenia. Dzień 12


Dzień kalendarzowy: 20.09.2017
Miejscowość początkowa: Wongaling Beach
Miejscowość docelowa: Cairns
Miejscowość po drodze: Mission Beach
Stan licznika na początku dnia: 502130km
Stan licznika na koniec dnia 502284km
Dystans przebyty samochodem: 154km
Dystans całkowity: 2386km
Tankowanie: Chyba dojechaliśmy na tym co zostało w baku

 Dzień 12. Miejscowości South Mission Beach, Mission Beach, Cairns zaznaczono na mapie gwiazdkami.

Rano budzimy się wypoczęci. Prawie ;-) P sie lituje i zabiera B na poranne przywitanie Oceanu, żebym ja mogła jeszcze chwile pospać. Ale ja wiem, że poranne przywitanie Oceanu to tylko chwila kupiona na przygotowanie śniadania zanim wrócą, wiec po chwili błogości samej w wielkim łożu idę zarządzić coś w kuchni. Poznajemy tam przesympatycznych właścicieli tego ośrodka. Sami go prowadzą, jak ich pracownicy idą na urlop. Są dla nas bardzo mili i bardzo pomocni. Pomagają nam w rezerwacji nurków P i noclegu w Port Douglas. Nie mówiliśmy tego Wam wcześniej, ale cel naszej podróży na dzień przed wylotem zamieniliśmy na Port Douglas (za dużo pozytywnych wskazań). Właściciele opowiadają nam trochę o sobie. Mają w sumie 3 takie miejsca w Australii – o tamtych nic Wam nie powiemy, to tutaj na pewno jest klimatyczne.
W sumie trafia się bardzo słoneczny i bardzo miły poranek i przedpołudnie. Czas ten spędzamy w ośrodki YHA w okolicy South Mission Beach, na plaży i na lokalnym placu zabaw. 

Znów udziela się klimat hawajski. Od 10 dni chodzę bez skarpetek, od wczoraj w ogóle na boso...

W końcu wsiadamy w Nixona i ruszamy do pierwotnego celu naszej podróży. Nie żebym się wyrywał. Owszem, przez pierwszy tydzień liczyłem kilometry i dni, żeby się wyrobić, ale od niedzieli (odkąd wiem, że zdążymy) jakoś przestało mi się śpieszyć... 76, 45, 36, 22, 14. Odliczamy kilometry do celu a ja jakby z każdym kilometrem zwalniam… Trudno to wytłumaczyć, ale po 13stu latach gonienia króliczka, mając go już na widelcu czuję jak powoli dopala się paliwo inspiracji w kaganku pod szyldem Wielka Rafa. Chyba trochę boję się tej konfrontacji marzenia z rzeczywistością…

Docieramy do Cairns. Pierwsze minuty w mieście nieco na dystans, ale miejscowość bardzo szybko nas urzekła swoim klimatem. Miejsce kojarzyło mi się bardziej jako jakaś hipisowska enklawa, ale Cairns to całkiem duże miasto. Mimo wszystko czuć w powietrzu i na każdym rogu wakacyjnego ducha tego miejsca. Bruno podbija okoliczne aquaparki i place zabaw. To czas dla niego. Ja w między czasie rezerwuje wypad nurkowy na rafę. Jestem coraz bliżej spełnienia jednego z moich najstarszych nurkowych marzeń. Nurkowanie na Wielkie Rafie Koralowej. Podkład pod tą wyprawę powstał w 2004 roku gdzieś w okolicach centrum nurkowego na ulicy Stołecznej (obecnie Po.....ki - kto wie?) i po lekturze magazynów Wielki Błękit z niezapomnianymi zdjęciami Darka Sepioło. Z jednej strony cieszę się, że jestem tak blisko, ale z drugiej strony wiem, że po Egipcie mit wielkiej rafy nie wytrzyma próby ognia...Sharm-el-Shek i Dahab to mistrzowie tej ceremonii. Widziałem już parę podwodnych miejsc, ale te dwa zawsze będę wspominał jako najbardziej „wow”. 
Ok., teraz jesteśmy w Cairns. Postawić kropkę nad nurkowym „i” w tym miejscu po prostu trzeba... 



Wyciskamy z tego dnia ile się na głównym bulwarze (Esplanadzie) da. W końcu udajemy się na spoczynek. Na kempingu miło, od Cairns Holiday Park B dostaje pakiet powitalny w postaci kredek, kolorowanki, balonów, słodyczy, które uznajemy za niestosowne dla niego i poświęcamy się zjadając je szybko na boku. Kuchnia jest tuż pod nosem, łazienki nadają się do ogarnięcia B. Jest ciepło. Bardzo…. 

 Nowy, letni set-up Nixona

Pierwszy raz testujemy otwarcie bagażnika na noc i pseudo namiot na klapę - sprawdza się znakomicie. Nikt nie wypadł, było czym oddychać i nie trzeba było wypinać fotelika i przekręcać tylnego siedzenia. Na kolacje kiełbaski z Colesa- tym razem P dzielnie grilluje, a ja ganiam za B, który już jest na limesie. Udaje się wszystko w miarę sprawnie załatwić, po drodze tylko jedno zdarte kolano, ale to i tak niewiele przy turbo napędzie młodziana.
Na tym kempingu jakby młodziej, niż na dotychczasowych. Jest nawet kilkoro małych dzieci niedaleko nas... i dziwny pan z dużą brodą.
Noc upływa bez zakłóceń (tylko u sąsiadów ryk, cieszę się, ze nie u nas).

P.s. Co ciekawe, Cairns to było pierwsze biuro do którego aplikowałem 11 lat temu :-). Odpowiedź była jasna: ”Hi Mate, U nas pracuje w sumie 7 osób, rynek jest bardzo lokalny, ale wpadaj do Cairns na wakacje. To świetne miejsce dla nurków…:-)”. Tak to mniej więcej się wszystko zaczęło… i właśnie dzisiaj trwa ;-)

niedziela, 10 grudnia 2017

Brisbane to Cairns. Ingham i South Mission Bay. Szczęście (nie zawsze) sprzyja śmiałym. Dzień 11.


Dzień kalendarzowy: 19.09.2017
Miejscowość początkowa: Townsville z widokiem na Magnetic Island…
Miejscowość docelowa: Wongaling Beach
Miejscowość po drodze: Ingham, Cardwell, South Mission Beach
Stan licznika na początku dnia: 501791km
Stan licznika na koniec dnia 502130km
Dystans przebyty samochodem: 339km
Dystans całkowity: 2232km
Tankowanie: 55Aud

Dzień 11. Townsville, Ingham, Wallaman Fall, Cardwell, Mission Beach zaznaczono na mapie gwiazdkami.
Rano również się nie śpieszymy. Niebo jest pochmurne, ale jest przyjemnie i jest to miła przerwa od palącego słońca. Ruszamy w dalszą podróż… Docieramy do Ingham i w tym miejscu mimo deszczu decydujemy się jednak wydłużyć trasę i odwiedzić największy wodospad na kontynencie australijskim, tj. Wallaman Falls.
W połowie drogi, która jest właściwie wspinaczką górskimi serpentynami czuję, że sprawa jest przegrana. Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć dlaczego stopniowo nabierałem takiego przekonania. Z każdym kilometrem wszędobylska mgła gęstnieje, ale jesteśmy za blisko żeby się poddać. Podjęliśmy decyzję w deszczowym Ingham, ale Inghm w stosunku do wodospadu leży w dole i to co się dzieje właśnie w otaczającym nas wiecznie zielonym równikowym lesie nie było dla takich laików jak my łatwe do przewidzenia  (a powinno)... Podejmujemy decyzję, że do wodospadu jednak dotrzemy (znów niewierny Tomasz musi się przekonać sam..) W końcu docieramy na miejsce, Ewa jest chyba na mnie trochę zła, to miał być jeden z tych łatwiejszych dni  ;-). Wyskakuję szybko z  samochodu (pada tropikalny deszcz) i... 

 Wallaman Fall - największy z australijskich wodospadów.

...No i na górze była kompostowa toaleta (taki o wodospad ;)))) przynajmniej tyle ;-) Acha, no i padało cały czas, więc "obejrzeć" wodospad wyszedł najpierw P. Wrócił zamoknięty do samochodu, patrzy na mnie i pyta zbity "czy chcesz tez iść zobaczyć, to znaczy posłuchać wodospadu?" I tak oto pojechaliśmy, posłuchaliśmy i wróciliśmy :-) brzmiał dumnie :-) na pewno jest wielki! 
Niestety. Mimo nadłożenia drogi i całego poświęcenia, nie udaje nam się zobaczyć tego giganta. Mgła o konsystencji mleka umożliwia nam tylko posłuchanie spadającej z 268 metrów wody... Cholerny pech, ale czasem i tak bywa... To co zawsze pcha mnie do przodu (przekonanie o jakiejś ukrytej mocy słów "Audaces fortuna iuvat") tym razem zostawiło nas samych wśród tropikalnej dżungli, otoczonych mgłą i przemoczonych ulewnym deszczem (w towarzystwie dwóch Japończyków nie mówiących po angielsku). Przypomina mi się Magda i Wojtek, którzy w San Francisco chcieli zobaczyć most Golden Gate i z podobnych powodów nie zobaczyli.


Teraz trochę przemyśleń (tanich jak przysłowiowy barszcz) z podróżniczego bekstejdżu... Zjeżdżamy z góry a ja myślę sobie, że zdjęcia i album, które oglądamy to w rzeczywistości tylko kwintesencja całego tego trudu. Podróżowanie to w 90% bieżąca logistyka, stresujące sytuacje, zmiany planów, nieprzewidziane okoliczności i te 10% to te krótkie momenty wynagradzające cały ten wysiłek. Największy australijski wodospad mimo podjętej walki dziś nas pokonał (a czy na koniec pokona nas też sama Australia?). Podróż to dla mnie właśnie walka o takie momenty... samo życie.
Plusem tej dzisiejszej wyprawy jest dwugodzinne obcowanie z lasem tropikalnym. Po drodze bardzo często pojawiają się znaki ostrzegające przed biegającymi ptakami Cassowary, potem tych znaków będzie jeszcze więcej, ale żadnego ptaka ostatecznie nie zobaczyliśmy…



Tych znaków w przeróżnych odmianach zaczynamy po drodze widzieć naprawdę sporo...

Wracając z wodospadu znów przypominają się Hawaje, to zawsze jest miłe :) W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Ingham... a to już pora na druga kawkę. Szukamy Maca, bo był gdzieś po drodze, ale P ze zdziwieniem pyta, czy na pewno nie chcę jakiejś kawiarnianej kawy, skoro już się dałam namówić na ten wielki wodospad ;-) no i pomyślałam, ze w sumie wolę, wiec wyszliśmy na krótki spacer po ulicy, wzdłuż której było wiele różnych kawiarni, knajpek i sklepików - nic wielkiego, w niczym to nie przypominało ruchliwych miast czy kurortów, raczej lokalny klimat. Ludzie pozdrawiali się nawzajem. Weszliśmy do jednej z nich. Przyciągnęły nas stoliki z kredkami i zabawkami dla dzieci. Wnętrze fajne, ale zza szklanych witryn smakołyki okazały się nazbyt kuszące i tak oprócz kawy dostajemy ravioli ze szpinakiem i taka niespodzianka od męża - bezunię :-) na półkach kolorowe towary z Włoch - szeroki asortyment. Siedzimy sobie na kanapie, B zachowuje się jak przystało na młodzieńca po dość długiej tropikalnej drzemce, więc decydujemy się szybko kończyć i wyjść na zewnątrz, zanim rozniesie lokal.
Na zewnątrz w korytarzu między budynkami, gdzie jest dużo miejsca do biegania, znajdujemy obrazy na ścianach. To obszar cukru i plantatorzy trzciny cukrowej dorobili się tu niemałych fortun. Są tu obrazy i mozaiki - bardzo ciekawe i w dodatku cieszą oko całej naszej trójki. Są też opisy historii poszczególnych rodzin. Większość pochodzenia włoskiego. Od razu kojarzymy znak z wjazdu do miasta o festiwalu włoskim w Ingham. No tak. Teraz już nie dziwi, że na tej ulicy co chwila zaprasza włoska kawiarnia, bo na krótkim odcinku było ich co najmniej kilka.
Po wizycie w Wallaman Falls i Ingham ruszamy do miejsca dzisiejszego noclegu. Czyli właściwie gdzie?


 A tu :-)

Pada, więc kamping nie jest opcją, bo nie utrzymamy Brunka w aucie przez tyle godzin. Zajeżdżamy na kamping w South Mission Beach - wita nas na plaży znak ostrzegający przed krokodylami i każe nie zbliżać się do brzegu. Ale to jest jeszcze do zaakceptowania. Natomiast cena za tzw kabinę na kempingu już nas trochę odstrasza, więc postanawiamy poszukać hostelu dla backpackersow.
W poszukiwaniu noclegu lądujemy w niezwykle klimatycznej osadzie YHA Scotty's Beach House w Wongaling beach (pomiędzy South Mission Beach a Mission Beach). To był ostatni indywidualny pokój! Ze względu na tropikalny deszcz, pierwszy raz od 9 dni śpimy pod dachem w pokoju z prysznicem-luksus! Pada naprawdę ostro - no leje (pierwszy raz od 9 tygodni).

 Pierwszy raz od 9 dni leżę na łóżku... pod dachem, który chyba zaraz zacznie przeciekać.

Jemy kolacje w tłumie backpackersow - jest fajna kuchnia, dobrze wyposażona, dużo ludzi, a jednak każdy sprawnie przygotowuje swój posiłek. Również i my. Przy zmywaniu poznajemy się z Katalończykami. Leje nadal. Otoczenie jest soczyste.

 Tropikalny relax

Wyjmuję książkę od Nikodema, siadam na tapczanie pod zadaszoną wiatą, po chwili przenoszę się do pokoju, otwieram piwo i... budzę się następnego dnia :-) to jednak zmęczenie dopada.

ciao! 

czwartek, 7 grudnia 2017

Brisbane to Cairns. Townsville - Magnetic Island. Dzień 10.



Dzień kalendarzowy: 18.09.2017
Miejscowość początkowa: Miejsce bez adresu pod Bowen
Miejscowość docelowa: Townsville z widokiem na Magnetic Island…
Miejscowość po drodze: Bowen. 
Stan licznika na początku dnia: 501550km
Stan licznika na koniec dnia 501791km
Dystans przebyty samochodem: 241km
Dystans całkowity: 1893km
Tankowanie: 57Aud

Dzień 10. Miejscowości Bowen i Twonsville zaznaczono na mapie gwiazdkami.

Rano moje sympatie pozostają niezmienne. Staram się raczej unikać tej specyficznej grupy ludzi, która zdominowała to miejsce. Interakcja jest mocno na dystans i raczej czuję napięcie w całej tej sytuacji. Podczas krótkiej rozmowy, guru tej sekty skarży się Ewie, że w gruncie rzeczy to banda nierobów i wszystko, wszystkim musi nakazywać. Patrzę na twarze dookoła i jakoś mnie ta diagnoza wcale bardzo nie dziwi. Guru to typ „elektryczny”, lata po kempingu na wpół nagi z dużym nożem i mówi, że możemy się przyłączyć do wspólnego śniadania. Grzecznie dziękujemy. Guru uprzedza, że oni nie są żadną sektą religijną i że są pokojowo nastawieni… Przypuszczam, że tak rzeczywiście jest, ale ja patrzę na niego i po raz drugi podczas tej wyprawy myślę, że to dziwne, że nie można po tym dzikim w sumie kraju poruszać się z bronią (pierwszy raz myślałem o tym kiedy rozważałem scenariusz awaryjnego noclegu w lesie). Jemy samotnie szybkie śniadanie pod jednym z drzew i zabieramy się stąd czym prędzej. Nie pamiętam czy machamy sobie na pożegnanie… było w sumie miło a my jesteśmy przyjacielscy, więc przypuszczam, że jednak tak.  Opowiadamy sobie na świeżo z Ewą wrażenia i ustalamy, że to miejsce przypomina nam dziki nocleg w Donya Banda w Chorwacji :-) Pojawia się uśmiech na twarzy i jedziemy dalej…   
 Australijska Donya Banda. Raz na jakiś czas to po prostu musi się zdarzyć... Miejsca tak ciekawe jak samo zdjęcie :-)

Ale nie tak znowu dużo dalej. Wkrótce się zatrzymujemy, żeby przyjrzeć się z bliska pomnikowi gigantycznego owocu mango (taka lokalna atrakcja). Kontemplujemy chwilę i... w drogę.
W Bowen spotykamy Polaków z Newcastle (NSW) i to (na co liczymy) może być jakaś nagroda za dzisiejszy nocleg/ nadzieja na przyszłość. Może uda nam się ich kiedyś odwiedzić i zobaczyć przy okazji tereny na północ od Sydney?
Summa summarum jest to w sumie bardzo miłe spotkanie. Para, którą spotkaliśmy wyjechała z Polski tuż przed stanem wojennym, jest to typowy przykład tzw. emigracji czasów Solidarności. Trafia mi się ciekawa rozmowa o wszystkim, jak to z Polakami na obczyźnie. To co zapamiętam, to stanowcza deklaracja mojego rozmówcy o tym, że w "tamtych czasach, wszyscy związkowcy wiedzieli..." jak później ustalam, wiedzieli to o czym my dowiedzieliśmy się po latach z archiwów IPN, książek (np. Cenckiewicza) i zachowanych materiałów w różnych mokotowsko-konstancińskich szafach (np. na ulicy Oszczepników). Po wysondowaniu mojej osoby i mojej wiedzy o tamtych czasach, słyszę "my na południu byliśmy ostrzegani przez tych z północy...." Świetny kawałek wiedzy o najnowszej historii Polski zdeponowany jest na różnych kontynentach świata. To wiedziałem już po wizycie w Californii. Mam nadzieję, że kiedyś ta emigracja dopisze swoje karty do najnowszej dziejów Polski. Ja tu jestem jednak tylko słuchaczem… Ok., wracajmy na szlak... W Bowen warto zobaczyć zatokę Rose Bay, Horseshoe Bay i punkt widokowy Rotary Lookout. Sama mieścina po Airlie Beach niczym nas jednak nie zachwyca... jest tu zbyt spokojnie jak dla nas. Koło południa wyruszamy dalej.
Po drodze mijamy wiele wyschniętych rzek, i przejazdów z koleją wąskotorową (obsługującą lokalne pola trzciny cukrowej). Pola z trzciną cukrową towarzyszą nam już trzeci dzień.


Dzisiejszy popołudnie spędzamy głównie w drodze z krótkim przestankiem w Billabong sanktuarium. Chcieliśmy zobaczyć tu misie koala, ale zostaliśmy poinstruowani, że musielibyśmy czekać około 2 godzin, więc sobie odpuszczamy. Z B nie jest tak łatwo... Wśród różnorodności souvenirów wypatruje sobie zapakowany monster truck z krokodylem. Pokazuje palcem na niego i zaraz potem na podłogę, krzycząc "tu tu". W konsekwencji wychodzi z samochodem, z którym do końca dnia się już nie rozstaje (w podróży taka zabawka to pewnego rodzaju błogosławieństwo).
W końcu lądujemy w Townsville, na campingu z widokiem na Magnetic Island. W mieście (co jest pewnym novum) pojawiają się znaki „road trains” z obrazkiem ciężarówki z trzema przyczepami. Pod spodem widnieje napis 53m. Potwierdzam, ciężarówki te są naprawdę dłuuugie...


Po wczorajszym dniu próbujemy uniknąć tego samego błędu, więc na campingu logujemy się około godziny 16stej... Wreszcie trochę spokojniej. W świetle dziennym robimy czyszczenie naszego domu na kółkach a do tego ordynujemy sobie pranie. Na koniec dnia w nagrodę pełna wieczorna toaleta - czuć powiew świeżości i relaks :-) Na kolacje pierwszy raz wreszcie grillujemy kiełbaski z Colesa. Jest bardzo bardzo :-) i ten Magnetic Island w tle… Nie mogę od tego uciec. Miejsce przypomina mi Marcina, który dotarł tu około dziesięć lat temu jak jeszcze wspólnie mieszkaliśmy w San Francisco. Szczerze mówiąc liczyłem, że w tym roku właśnie gdzieś tutaj się spotkamy. Z chęcią bym z nim dziś o tym miejscu pogadał, ale to ani dziś ani jutro się już nie wydarzy...
Światło jakiś czas temu zgasło, ja jednak wciąż nie mogę zasnąć.

Magnetic Island możecie zobaczyć na filmiku Marcina.

W końcu jednak się udaje...
Dobranoc.

niedziela, 3 grudnia 2017

Brisbane to Cairns. Whitsunday Island. Z krótką wizytą w raju. Dzień 9.

Dzień kalendarzowy: 17.09.2017
Miejscowość początkowa: Cape Hillsborough
Miejscowość docelowa: Airlie Beach, z konieczności miejsce bez adresu pod Bowen.
Miejscowość po drodze: Whitsunday Island
Stan licznika na początku dnia: 501327km
Stan licznika na koniec dnia 501550km
Dystans przebyty samochodem: 223km
Dystans całkowity: 1652km
Tankowanie: 57Aud
Inne środki transport: Łódź

 Dzień 9. Cape Hillsborough, Airlie Beach, Whitsunday Island i kemping w okolicy Bowen zaznaczono na mapie gwiazdkami.
Airlie Beach jest to typowo turystyczna miejscowość w stylu naszych nadbałtyckich kurortów. Bardzo fajna, gorąca i tropikalna. Przybywamy tutaj z Cape Hillsborough przed południem. Mamy w planach wycieczkę na Withsunday Island. Jeśli któreś miejsce miałbym wskazać jako koncentrat wszystkich możliwych atrakcji do wyciśnięcia z całej trasy, którą przebywamy - wskazałbym właśnie Airlie Beach z okolicznymi wyspami. To są pocztówkowe miejsca, które można zobaczyć w każdym katalogu opisującym największe atrakcje Queensland i chyba całej Australii w ogóle. Po mieście kręcimy się chwilkę po czym udajemy się do portu. Jest naprawdę upalnie. Na wyspie i po drodze same świetne widoki. Lazur morza koralowego jest tak nierzeczywisty, że trudno w niego uwierzyć. Na statku poznajemy Polkę, która od urodzenia mieszka w Niemczech. Miłe spotkanie na trzecim końcu świata. Bruno zaczepia też brodatego jegomościa, który w tych rajskich okolicznościach jak sam mówi „pracuje w betonie”. To jest to! Nie ładne garnitury kupione za resztki pensji, nie fasadowy profesjonalizm chłopców i dziewczyn pozatrudnianych przez rozmaite korporacje w dymiących centrach miast, ale facet pracujący „w betonie”, w jednym z najbardziej egzotycznych miejsc jakie w życiu widziałem, jest tym co do mnie rzeczywiści przemawia... Po zakupy spożywcze ów jegomość pływa po morzu koralowym (pozdro Staluś) do odległej o pół godziny miejscowości Airlie Beach. O pracy „ w betonie” i o okolicy opowiada bez większych emocji. To piękna kontra do tych milionów ludzi, którzy co roku wrzucają zdjęcia na Insta, Fejsbuki i blogi tylko po to by pokazać innym, że właśnie tu byli, że tu dotarli... Obserwowanie tych nastoletnich dziewczyn pozujących „na tle” ze sztucznie przyklejonym uśmiechem i wgapiających się w ekran w oczekiwaniu na "insta propsy" jest szczególnie przykrym doświadczeniem…Zaprawdę powiadam Wam, koniec cywilizacji zachodu jest bliski (wschód wcale w tym względzie nie jest lepszy..)


Ok., dopływamy w końcu na Whitsunday Island, wysiadamy na plaży Whitehaven. Jest to kawałek raju na ziemi. W zależności od tego kto i dla kogo robi rankingi, możecie często znaleźć to miejsce w zestawieniu typu "10 najpiękniejszych plaż świata". Na pewno w zestawieniu australijskim, Whitehaven jest zawsze na pudle...Proszę, np dzisiaj (już po publikacji tego posta) portal fly4free.pl plasuje Whiteheaven na drugim miejscu pośród najbardziej urokliwych plaż na świecie.
Woda jest lazurowa, zieleń soczysta a piasek tutaj jest naprawdę zjawiskowy. Charakteryzuje go biały kolor i niezwykle drobna frakcja. Ponoć w swoim składzie zawiera aż 98-99% procent krzemu (silica). Zabieram próbkę ze sobą, aby w Warszawie kiedyś zbadać jego skład... Robię tutaj też kilka płytkich nurów, ale nic specjalnego pod wodą nie ma...Biały (bardzo biały) piasek i to w zasadzie wszystko. Po powrocie do miasta odbywamy z B i E fajny spacerek wieczorem po promenadzie miejskiej. Jest gwarno, sklepy są otwarte, jest ciepło i jest lansik jak to na promenadach. My w swoim stylu odwiedzamy McDonaldsa, kupujemy chleb w sklepie i gdy przychodzi czas szukania noclegu (a właściwie gdy już jest na to za późno) okazuje się, że wszystkie campingi są pełne. Właśnie zaczął się czas wakacyjny w Queensland. Dzień był tak wyluzowany, że zapomnieliśmy o zapewnieniu sobie noclegu. Po godzinie szukania decydujemy się na opuszczenie miejscowości i szukanie campingu gdzieś dalej. 

W tym momencie następuje symboliczne wygnanie z raju. 

Niestety poszukiwania wyrzucają nas na pole campingowe pod Bowen, które jest na totalnym odludziu. Miejsce jest specyficzne, zupełne pustkowie, camping zdominowali jacyś proekologiczni aktywiści i innej maści idealiści, którzy nie budzą jednak mojej sympatii. Airlie Beach było pod tym względem zupełnie innym światem...światem, do którego może kiedyś jeszcze wrócimy. Przez całą noc z odległości około 10m przygląda nam się kangur... Wino z Yeppoon jest tak paskudne, że bez żalu je wylewamy... Trudno inaczej podsumować ostatnie godziny kończącego się właśnie dnia.

Pozdrawiamy,