niedziela, 26 listopada 2017

Brisbane to Cairns. Capricorn Coast. Australijskie gdzieś po środku niczego. Dzień 7



Dzień kalendarzowy: 15.09.2017
Miejscowość początkowa: Kinka Beach
Miejscowość docelowa: Clairview (okolice)
Miejscowość po drodze: Roslyn Bay, Yeppoon, Marblorough
Stan licznika na początku dnia: 500866km
Stan licznika na koniec dnia 501153km
Dystans przebyty samochodem: 287km
Dystans całkowity: 1255km
Tankowania dwa: 28+37 aud.

 Dzień 7. Yeppoon, Rockhampton, Marlborough (Middle of nowhere), Clirview zaznaczono na mapie gwiazdkami.

Noc nas zaskoczyła chłodem - było chłodniej niż dotychczas. Ale i było łatwiej oddychać dzięki temu :-) Bruno dał się wszystkim wyspać i pobudka była dopiero koło godziny 8:30. Na śniadanie szybka jajecznica, herbatka, kawka a zaraz potem wio na kolejne plaże.



Nie musimy jechać daleko, zaraz za kempingiem zatrzymujemy się przy Roslyn Bay- szerachna plaża, jak inne pusta, woda turkusowa. Relaks, zdjęcia, czilll. Potem, niewiele dalej zatrzymujemy się w Cooee Bay. Zaliczamy dwa wyśmienite miejsca widokowe,  z łukiem i kompozycją skalną utworzoną przez wodę na kształt wielowarstwowego wachlarza czy też wiatraka  (fan rock). Na horyzoncie oprócz Pacyfiku widać też wielki słup dymu na lądzie, tuż przed nami. P dowiaduje się, ze to japoński kurort płonie, ale pożar jest pod kontrolą dzięki niecodziennej współpracy wiatru. Cieszymy się, że nie będziemy przez to przejeżdżać. 

   
Tankujemy po raz pierwszy tego dnia i ruszamy na północ.
W Yeppoon zaliczamy spacer piękną promenadą i robimy przystanek na wodnym placu zabaw. Potem jest jeszcze kawa w „The Coffee club” - nadal wspólna, ale duuuża :-) Wzięliśmy jeszcze za namową syna "ciasio" z białą czeko i macadamią - mniam!  W Queensland nie można kupić alkoholu w sklepach ze spożywką, ale za to lokalne sklepy monopolowe oferują usługi typu drive-through, gdzie można odebrać swoje zamówienie nie wysiadając z samochodu... urocze (korzystamy :-)).
Kolejnym celem jest  Tropic of Capricorn Spire, do którego musimy trochę wrócić do Rockhampton. Sam punkt przebiegu zwrotnika jest raczej symboliczny, z każdym rokiem bowiem umowna linia zwrotników zmienia się nieco, zbliżając się do siebie. Pani w punkcie informacyjnym pokazuje mi ręką kierunek i mówi, teraz zwrotnik jest gdzieś tam. Ok., ale chciałem to miejsce zobaczyć i mi się udało. Mówimy sobie goodbye i wyjeżdżamy z Rockhampton, które jest całkiem sporym miastem… ale niewysokim, stąd P tak samo jak wczoraj nadal ciężko uwierzyć w jego wielkość. Jednak jesteśmy w innym kraju... (tu znów nie do końca wiem co Ewa miała na myśli :-) ) Mijamy gdzieś po drodze (jeden z wielu) Aligators Creek – wspólnie uznajemy, że nie mielibyśmy ochoty iść w te moczary. 


Yeppon i Rockhampton (na zdjęciu Tropic of Capricorn)
Po drodze stajemy na odpoczynek Bruna w australijskim „middle of nowhere”, Bruno podziwia przyczepę pełną gołębi, które są wiezione przez właściciela 500 km od domu, tylko po to, żeby same wróciły do domu. B z gołębi przenosi swe zainteresowanie na konie, które również mają tutaj  przystanek po 12 h jazdy z Cairns. B przygląda im się badawczo i udaje ich odgłosy.  

Postój po środku australijskiego pustkowia (stacja benzynowa wybudowana na tym pustkowiu przyciąga podróżnych jak magnes) 

Nieco się stresuję upływającym czasem, bierzemy ostatni głęboki oddech, pakujemy się i jedziemy do Clairview. Po drodze sprawdza się to, co słyszałem od lokalsów. Uszkodzony samochód lepiej opłaca się zostawić przy drodze niż holować do warsztatu. Kilka wraków mijamy po drodze, dwa kompletnie spalone. Nixon trzyma się póki co bardzo dzielnie. Dostał po drodze sporym kamieniem w szybę, ale próbę tą przetrwał bez szwanku. Obiecuje sobie dostosować resztę podróży do możliwości młodzieńca. W między czasie znów tankujemy gdzieś pośrodku niczego.

Po kilkugodzinnej podróży przez australijskie pustkowia w końcu zbliżamy się do Oceanu i jako takiej cywilizacji.

Siedzimy teraz nad oceanem i odpoczywamy po dosyć stresującej drugiej połowie dnia. B mało spał i dużo marudził - to nie służy podróży. Jestem zły bo czuję, że to trochę moja wina. Powrót do Rockhampton, do symbolicznego miejsca, w którym przebiega zwrotnik Koziorożca wybił Brunka ze snu. Sporo jeszcze trasy przed nami (dziś przebyliśmy połowę drogi) a czas się kurczy... planujemy dalsze postoje i trasy... od poniedziałku do środy spore wyzwania przed nami. W Cairns powinniśmy być w środę, najpóźniej w czwartek, żeby plan się nie zawalił...
                            Clairview i to co po drodze (australijski środek niczego)


Dojeżdżamy na kamping, którego nie rozważaliśmy na dziś, ale bliskość linii brzegowej przekonuje nas do zostania na noc (bliżej się chyba już nam nie uda:-)) Miejsce w którym nocujemy oglądałem kiedyś na Google maps i podziwiałem kolor wody widziany z satelity. Na miejscu nie jestem w stanie zweryfikować czy kolor faktycznie jest bardziej błękitny niż gdzie indziej... 


To miejsce i kolor wody intrygowały mnie już w Warszawie, ale trudno powiedzieć o tej okolicy coś naprawdę wyjątkowego...


Cieszę się z miejsca, w którym jesteśmy. Owszem jest zdecydowanie mniej reprezentacyjne od wcześniejszych, ale ma swój urok. Mam wrażenie, że jest tu więcej ludzi, którzy na co dzień pracują fizycznie. Sala konsumpcyjna ma mały bar, kącik kuchenny,  projektor, scenę do karaoke. Pod wieczór dużo ludzi po prostu wspólnie pije alkohol, rozmawia i coś tam sobie robi. Jest gwarno i klimat jak tutaj jest raczej biesiadny. Mnie urzeka napis za barem „Come Classy – leave trashy”. Chyba się trochę wyróżniamy, ale znamy kilka ekip z którymi dobrze wmieszalibyśmy się w ten klimat. Takiej integracji nie widziałem do tej pory na żadnym z wcześniejszych kampingów. Jak już wspomniałem kemping wybraliśmy nieco losowo, ale wybór samej okolicy na nocleg nie jest już dziełem przypadku. Jest to w zasadzie pierwsze miejsce gdzie można zbliżyć się do wód zatoczki o niezwykłym kolorze wody (jeśli patrzeć z satelity). Bruce Highway właśnie w tym miejscu zbliża się do Oceanu, prawdopodobnie dlatego (jak nam powiedział ten pan na siłowni kilka dni temu), że teren nad samą zatoczką należy do wojska. Na kempingu znów jesteśmy ostatni, ale dopłacam gościowi za barem i dostajemy najlepsze miejsce na placu. Ocean i plac zabaw na wyciągnięcie ręki. To właśnie tutaj B spożywa nadmiar energii, wszystko czego teraz potrzebujemy mamy dosłownie za oknem. Pacyfik (a precyzyjniej Morze Koralowe) przyjemnie szumi i koi nerwy... czekam na E która usypia młodzieńca. Jack Daniels kupiony w Yeppoon jest gotowy by postawić kropkę na kończącym się dniu...

Ciao.

środa, 22 listopada 2017

Brisbane to Cairns. Agnes Water - Kinka. Dzień 6


Dzień kalendarzowy: 14.09.2017
Miejscowość początkowa: Agnes Water
Miejscowość docelowa: Kinka Beach
Miejscowość po drodze Agnes Water, Town of 1770, Rockhampton
Stan licznika na początku dnia: 500565km
Stan licznika na koniec dnia 500866km
Dystans przebyty samochodem: 301km
Dystans całkowity: 968km
Tankowanie: brak danych z tego dnia, wynika, z tego że chyba dojechaliśmy tu na jednym baku
Dzień 6. Agnes Water, 1770, Rockhampton i Kinka Beach zaznaczono na mapie gwiazdkami. 

Pierwsze koty za płoty z australijskim grillem (zwanym tu pieszczotliwie Barbie od słowa Barbecue), na którym z umiarkowanym sukcesem chcieliśmy zagotować parówki... nie było kuchenki.. mleko sie zsiadło, więc kawa wyszła średnia. Ale herbata english breakfast z aldika uratowała poranek. Bruno miał zabawę w prowadzenie swojego wózka, który na szczęście w sumie wzięliśmy ze sobą.  Przed wymeldowaniem udaje nam się posiedzieć jeszcze na pięknej rozległej plaży, która jest częścią tego campingu. Piotrek cyka foty przy brzegu. Ja z Brunkiem w fotelu plażowym w cieniu palm. Są chmury, jest wiatr, jest też gorąco. Za nami kampingowa kawiarnia leniwie wyglądająca swoimi stolikami na ten urokliwy zakątek. Piotrek dopisze za chwile. "Miejsce przypomina mi ostatnią scenę z klasyka gatuku lat 90tych - Psy 2. Tą scenę, która świetnym kawałkiem animuje utwór Michała Lorenca i w której Franz na zakończenie mówi "coś tak jakby w raju..." Utwór i tamten obraz towarzyszą mi do dziś - kiedyś byłem przekonany, że to Nowa Zelandia (przez te dolary brata), potem okazało się, że to jednak Hawaje. Faktycznie można znaleźć tu jakieś podobieństwa do tamtego krajobrazu, ale to raczej luźne skojarzenie..." 
Na pewno można się tu trochę zapomnieć, ale czas ruszać w dalsza trasę, żeby przed drzemką młodzieży zdążyć zobaczyć jeszcze jedno fajne miejsce, a po tym pruć dalej na północ, bo decydujemy się dotrzeć dziś aż do Yeppoon. Przed odjazdem napotkana para, która robi ta trasę z północy na południe zachęca nas do korzystania z Oceanu, mówiąc ze to ostatnie z miejsc gdzie można robić to w miarę bezpiecznie (im dalej na północ tym większe prawdopodobieństwo spotkania aligatorów) :-/ mimo wszystko ruszamy na północ :-)


Tak oto docieramy do nieodległego od Agnes Water Town of 1770. Miejsce skrótowo nazywane  jest po prostu 1770. Podoba mi się ten koncept :-) Na świecie miejsc z numerem w nazwie jest nie tak wcale znowu  dużo https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_places_with_numeric_names).  Jako lokalna atrakcja warta odwiedzenia, 1770 było nam polecane przez  Queenslandlokalsa jeszcze w Brisbane. Miasteczko powstało na miejscu, do którego za drugim razem przybył do Australii James Cook i jego załoga HM Bark Endeavour w maju 1770 roku. Miejsce pierwotnie znane było pod nazwą Round Hill (ze względu na potok, nad którym się znajduje), ale w 1970 roku nazwa została zmieniona dla uczczenia 200 rocznicy wizyty Cooka na tym kawałku ziemi, który dziś znamy pod nazwa Queensland. Lokalna społeczność miasteczka 1770 każdego roku odtwarza inscenizacje historycznego przybycia kapitana Cooka w ramach obchodzonego tutaj w maju "Captain Cook 1770 Festival".
  

Zaliczamy tutaj pięknie położona przystań i dwa zapierające dech w piersiach punkty widokowe (Wave & Bustard Bay Lookout). Jak zwykle w takich sytuacjach Tula jest super przydatna i Bruno wiezie się na plecach mamy pod górę wśród palm i buszowych indyków na górę z widokiem ;-) 
Potem obowiązkowo Plac zabaw, który mijaliśmy w tamta stronę. Tu zabawa, kanapki z avocado, wędlinką i serem, mycie zębów w plenerze, sesja foto b&w i ... Wspólna kawa -znowu! Chyba trzeba będzie zacząć kupować po dwie jednak! Piotrek zaczyna lubić ;-) (dementuję, Piotrek nadal twierdzi, że kawa to zło ;-)) W między czasie gołym okiem obserwujemy przypływ. Łodzie, które godzinę temu stały na piachu powoli zaczynają moczyć swoje rufy w całkiem szybko zbliżających się do nas wodach morza koralowego.
Jest świeżo po południu - dziś zaczynamy wcześniej na fali dotychczasowych doświadczeń. Zresztą i kamping już wydzwoniony - miejsce jest - jak nie my ;-)) no z takim wyprzedzeniem ;-))) 
Na przydrożnej stacji Piotrek kupuje kabel i wreszcie może uruchomić w aucie swoją muzę (Moby i jego Sevastopol czy Lacrimae to dla mnie kalsyka gatunku drogi). Jest git. Po drodze do Yeppoon znów zabawa znakami przydrożnymi trivia, pomagająca w zachowaniu czujności na drodze. pytanie What is the floral emblem of Queensland? Odpowiedź: the Cook Town Orchid.
Przejeżdżamy przez Rockampton (teraz leci pszczółka maja). Tutaj mijamy zwrotnik koziorożca i jutro tu wrócimy zrobić pamiątkowe zdjęcia.
Miasto nie robi wrażenia metropolii, ale chyba jest sporym ośrodkiem. Właśnie mijamy salon Jaguara i jest to całkiem spore przedstawicielstwo. W sumie jest to takie niskie, ale jednak rozległe miasto z dużą Wisłą i ... (nie wiem co Ewa chciała dalej napisać ;-) rzeka nazywa się Fitzroy). Rockhampton jest stolicą Queenslandzkiej wołowiny, na wjeździe do miasta na postumencie stoi duża krowa (lub byk - trudno orzec). Z istotnych rzeczy (oprócz bliskości zwrotnika koziorożca) warto odnotować, że w Rockhampton przez ponad 300 dni w roku na niebie świeci Słońce - to chyba antypody pogodowe Warszawy??. Miasto jednak nie zatrzymuje nas na długo. Jedziemy w kierunku miejscowości Emu Park. Gdzieś w okolicy mamy nocleg.
Kemping ładny, ale oprócz basenów i miejsca zabaw dla dzieci niczym pozytywnym spośród do tej pory poznanych się nie wyróżnia. No łazienki są ekskluzywne. B skacze na wielkiej poduszce (to jest jednak pozytyw, który chyba wyróżnia) ku swojej wielkiej uciesze, a my na koniec zabieramy go na plaże zobaczyć morze przed zachodem słońca. Po tym co już do tej pory widzieliśmy, plaża nie rzuca nas na kolana. Dość ciemna, niewygodna z powodu dużej ilości muszli wszelkiego rodzaju (mi przypomina wieczorne spotkanie w Starigrad w Chorwacji). Zachód słońca, plaża w odcieniach szarości i luźno porozrzucane wyspy... liczę na poranek.

Jeszcze kolacja. Pierwszy raz odpalamy turystyczną kuchenkę gazowa i mamy kurczaka na oleju koko z makaronem i pesto. Do picia englisz breakfast tea tym razem :-). Bruno wcina i krzyczy am am, jakby nie jadł od tygodnia. Po siatkowych ścianach kempingowej jadalni wspinają się jaszczurki. Na kampingu cisza. Wszyscy praktycznie w swoim gospodarstwie kempingowym (ludzi zawsze potrzebują wydzielenia swojej przestrzeni). Ktoś podsmaża kiełbaski na małym turystycznym grillu, ktoś ogląda mecz w przyczepie. Niebo czarne usłane gwiazdami. P czyta pierwsze strony książki, która pożyczył mu Nikodem... w końcu czas na jako taki relaks :-) Bruno zamiast spac, wiesza się na uchwycie w samochodzie i robi sobie z niego huśtawkę, krzycząc buju buju. Wreszcie po lekturze kici koci, która nie mogła usnąć, ale w końcu usnęła, również B odpływa, a my oddajemy sie przeglądaniu mapy i kampingów dalej na północ. Nad nami oprócz gwiazd palmy i jakiś zlot dzikiego ptactwa/nietoperstwa.

Elektronika znów cała na kablach. Czas spać. Dobranoc.

niedziela, 19 listopada 2017

Brisbane to Cairns. Fraser Coast - Agnes Water. Coś Wielkiego na wyciągnięcie ręki. Dzień 5.

Dzień kalendarzowy: 13.09.2017
Miejscowość początkowa: Urangan - Harvey Bay.
Miejscowość docelowa: Agnes Water.
Stan licznika na początku dnia: 500303km
Stan licznika na koniec dnia: 500565km
Dystans przebyty samochodem: 262km
Dystans całkowity: 667 km
Tankowanie w Bundaberg: 43 Aud

Miejscowości po drodze: Torquay, Harvey Bay, Point Vernon.

Dzień 5: Torquay, Harvey Bay, Point Vernon, Agnes Water zaznaczono na mapie gwiazdkami. Frasier Island (po prawej) - największa z piaszczystych plaż świata.


Dzień zaczynamy leniwie. Dla Ewy oznacza to kawę mrożoną - ja na co dzień kawą gardzę, ale nie jestem pewien czy nie dałem się tym razem na nią namówić. Idziemy sobie na lokalny targ, na którym spotykamy różnych handlarzy. Tutaj pierwszy raz spotykam się też z czymś o czym już raz czy dwa słyszałem. Im dalej od Sydney tym ponoć silniejsze narodowościowe sentymenty. Gościu (typu harleyowiec-rockandrollowiec) na jednym ze stoisk sprzedaje naszywki, na których możesz przeczytać min. "nie chcesz mówić w naszym języku - nie potrzebujemy cię tutaj". Mimo, że potrafię zrozumieć jakie obawy nim kierują, typek jakoś nie budzi mojej sympatii.  Udajemy się na molo, które w tej nikomu nieznanej miejscowości jest prawie dwa razy dłuższe (868m) niż to sopockie uchodzące za najdłuższe nad całym Morzem Bałtyckim. Ponoć w przeszłości molo to miało ponad 1km długości, ale przegrało na którymś etapie nierówną walkę z naturą. Miejsce, w którym się teraz znajdujemy jest znane z tego, że lubią pojawiać się tu delfiny, wieloryby i krowy morskie (niektóre tam sobie nawet mieszkają dożywając sędziwego wieku bagatela 70 lat). To jest właśnie główny magnes Harvey Bay. O tej porze dnia jednak ciężko o podobne atrakcje - nam się nie udaje załapać na takie widoki. Zamiast tego podziwiamy dostępny cały czas widok na Frasier Island, który robi na nas chyba umiarkowane wrażenie. Frasier Island, co trzeba wiedzieć, jest największą wyspą piaskową na świecie. Ma ona około 120km długości i około 25 km szerokości. Dostęp na wyspę, która dla niektórych sama w sobie jest atrakcją i jedynym celem podróży zapewnia regularnie kursujący prom. Po samej wyspie poruszać się można tylko samochodem z napędem na cztery koła (swoim lub wynajętym). Według opowieści znajomych, na zwiedzenie wyspy trzeba poświecić około 4 dni, my tyle czasu nie mamy więc pozostaje nam podziwiać ją z daleka. Udajemy się na plażę i przybrzeżny plac zabaw. Tu spędzamy ostatnią część przedpołudnia. Odbywamy także pogawędkę z lokalsem na plażowej siłowni i jak się okazuje, pogawędka ta doprecyzowuje plan naszej dalszej podróży. Coś dodajemy do listy coś mimo początkowych wątpliwości na niej pozostawiamy. Wszystkie rekomendacje tego pana okazują się po czasie trafione. Co mnie zaskakuje ponieważ jednak bardziej polegałem w czasie podróży na rekomendacjach znajomych. Jak się okazuje muszę być ostrożny w doborze podróżniczych doradców :-). Po rozmowie wracamy nad wodę, która tutaj jest niewiele chłodniejsza od powietrza. Sprawdzamy co pokazuje Suunto? Przyjemne +25C  :-) Z plaży udajemy się do następnego miejsca, w które planujemy dotrzeć - planujemy nocleg w Bundaberg. Jednak na wyjeździe z miasta jest miejski park wodny dla dzieci. Tu następuje debiut Brunkowego kostiumu i frywolna zabawa z woda :-)  Oczywiście znów nie dojedziemy na kamping za dnia... 

W końcu jednak wyruszamy. Udajemy się w trasę na Bundaberg. Bundaberg jest znane głównie z tego że tam właśnie powstają najbardziej znane w Australii soki (o tej samej nazwie - taki nasz Tarczyn/Tymbark) oraz jedyny alkohol, którego unikam - Rum.

Po drodze mijamy...Isis River (heee?), potem także Isis bus (what?) - taki lokalny PKS i w końcu samo miasto o nazwie Isis (hmm). Podciągam pas nośny, poprawiam ułożenie AR15 na klatce, sprawdzam magazynki, odbezpieczam broń, ustawiam selektor na ogień ciągły...O przepraszam, to nie ta wyprawa :-) 
Wróćmy na Bruce Highway. Na wyjeździe z miasta żegna nas jeszcze ISIS golf club - robimy sobie pamiątkowe zdjęcie. Rozglądamy się po okolicy, ale oprócz rozległych pól trzciny cukrowej nic nas tu nie zaskakuje (talibów brak).
W dalszej drodze kilka przejeżdżających samochodów "nerwowo" mruga światłami. Nie wiem czy oznacza to zbliżający się patrol policji, brak koła, silnika czy jakieś inne dla mnie problemy...  Jak się okazuje, tak się ostrzega w Austalii przed niebezpieczeństwem na drodze - tym razem to wypadek samochodowy. Nic fajnego. Parę samochodów już się zatrzymało, żeby pomóc. Sytuacja jest słaba, bo na przykład my nie mamy tu wcale zasięgu. 
Co odnotowuję, na tym etapie naszej podróży coraz częściej mijamy przydrożne krzyże, które jak sobie przypominam kiedyś próbowano wmówić nam jako typowo polski obrządek (i chyba z zamiarem wywołania poczucia wstydu). Widok przydrożnego krzyża wcale nie jest w tym rejonie Queensland odosobnionym przypadkiem. To faktycznie powoduje, że czujemy się pod tym względem trochę jak na rodzimym terytorium...
Po trasie pojawia się także wiele znaków "road subject to flooding - indicators show depth" i "floodway" oraz słupki wskazujące wysokość stanu wody. Chyba jednak warto sprawdzać prognozy... tu podobno jak leje, to naprawdę leje... a mapa przejezdnych dróg zmienia się wtedy z godziny na godzinę (coś o tym wspominał Nikodem ;-)). Ok, właśnie minęła nas policja, potem karetka i na koniec straż pożarna. Nie ma innej opcji, zapewne jadą do tamtego wypadku widzianego po drodze. Niestety to nam uświadamia jak ważne jest minimalizowanie drogowego ryzyka... Wypadek, o który niezmiernie łatwo (przez te samobójcze skoki kangurów) z dala od cywilizacji bez dostępu do telefonii GSM może być przypadkiem beznadziejnym. Wiemy, że służby które nas minęły mają kawałek do przejechania, czas przemyśleć ponownie naszą strategię podróży... Polecam to każdemu kto zamierza przemierzyć tą trasę i czyta ten tekst.
W końcu dojeżdżamy do Bundaberg. tutaj tankujemy i robimy zakupy w Aldi, który znajduje się przy Bolewski street (któż zacz? nie wiemy...) Decydujemy się na zakupy ponieważ ciężko już będzie nam znaleźć po drodze coś równie taniego. W Aldi zmieniamy pierwotny plan i tniemy do Agnes Water. Bundaberg poza ułamkiem cywilizacji i Aldi (w którym nie ma alko- w Queensland alko w Aldim nie uświadczysz) nie ma nic ciekawego do zaoferowania. 
Jedziemy po nocy ostatni odcinek drogi. Cała godzina o światłach jak z dwóch świeczek, przy samochodzie z przebiegiem pół miliona kilometrów, na pustkowiu, bez sygnału GSM, z Brunem znużonym (jeśli wicie, o co nam chodzi) i kangurami czekającymi na poboczu, żeby wyskoczyć przed zderzak (na szczęście żaden nie wyskoczył, ja przy samej drodze widziałem tylko dwa). Nie mamy noclegu i póki co jedziemy w ciemno. Żaden z campingów nie odbiera telefonu od popołudnia. Nie uczymy się na błędach...Źle. Mówiliśmy o tym zaledwie kilka godzin wcześniej, ale jakby ponownie przed sobą uznajemy, że to zbędne ryzyko i postanawiamy konsekwentnie eliminować je w następnych dniach. Odliczamy minuty do celu, 34, 29, 25, 16, 11, 9...dłuży się...W końcu jednak docieramy na miejsce! Nocleg załatwiamy sobie po godzinach otwarcia Recepcji w Agnes Water Beach Holidays za okrągłe 40Aud. Jest to ekskluzywne miejsce, są tu drogie campervany dookoła, ale nie marudzimy :-) Szum oceanu za ogrodzeniem uspokaja. Udało się! Oddychamy z ulgą, idziemy jeszcze na szybkie piwo (50 lashes - lubimy) w klimatycznej knajpce obok kampingu. W knajpce panuje przyjacielska atmosfera, na ścianach wiszą ciekawe obrazy (lubimy) i deska surfingowa.
Wznosimy toast z Ewą, tak jak wczoraj, za szczęśliwe dotarcie do celu. Piwo  po ciężkiej podróży smakuje wyjątkowo dobrze. W drodze z knajpy załapujemy się na szybki prysznic-tej nocy ręcznik nie jest potrzebny. Konsekwentnie zajmujemy się ładowaniem elektroniki. Rozbici i podłączeni do prądu w końcu mamy chwilę dla siebie. Ja dopisuję w notatniku swoje spostrzeżenia do opisu dnia sporządzonego prze Ewę. "B i E są dzielni w podróży. B chyba będzie wariackim dzieckiem (jeśli pójdzie w ślady rodziców) lub zupełnie spokojnym, jeśli odbije w przeciwnym kierunku". Ewa zauważa,  "Znów brak infrastruktury dla maluszków. Ale łazienki super przyzwoite i czyściutkie. Toalety dziecięce bez problemu dokonane przy schludnych i nowiutkich umywalkach. Bruno mimo natłoku wrażeń śpi teraz spokojnie". Siedzimy na dworze w krzesełkach turystycznych z K-marta, jest ciepło, czilałt, Agnes Water jak czujemy ma chyba swój klimat. To musi być powiedziane w tym miejscu. To właśnie mniej więcej na wysokości Agnes Water zaczyna się też Wielka Rafa Koralowa... Niewypowiedziany do tej pory na głos - motyw przewodni naszej podróży. 

Znów omawiamy dzień. Jesteśmy do przodu z planem - to dobry znak, ale zauważyliśmy też, że na drogach Queensland, po zachodzie Słońca już prawie nikogo nie ma oprócz nas. Nikt tak późno też nie zjeżdża do pitstopu jak my. Ludzie rozbijają się z reguły przed zachodem Słońca (czyli we wrześniu do godziny 17stej). Tłumaczymy to sobie na różne sposoby - jazda po drogach o różnej jakości, w wielu miejscach bez zasięgu, przy długich dystansach między ośrodkami zgrabniejszej cywilizacji do tego w towarzystwie dzikiej zwierzyny jest chyba nazbyt ryzykowna. Jest także aspekt praktyczny, jak jest jasno - łatwiej się rozbić... 
No nic, kolejny raz były emocje. Z piekła braku noclegu do nieba ekskluzywnego kampingu przebyliśmy dzisiaj dłuuuuugą drogę. Po tym wszystkim, jest nam teraz całkiem dobrze siedzieć w klapkach pod gołym niebem w turystycznych, składanych fotelach. Tym lepiej że każdy kosztował tylko 6 AUD :-)

Nocne niebo nad Agnes Water

Ufff...Chyba zmyliśmy już z siebie wszystkie emocje. Czarne niebo nad naszymi głowami zachwyca ilością gwiazd. Ktoś pije piwko, ktoś czyta książkę przy nocnej lampce, ja pozwalam sobie na nocną sesję zdjęciową... Otchłań nad głowami oszałamia... i ten szum.... Wiemy, że coś Wielkiego znajduje się zaledwie na wyciągnięcie ręki :-)

czwartek, 16 listopada 2017

Brisbane to Cairns. Sunshine Coast, Harvey Bay. Lepsze jutro jest dziś. Dzień 4

Dzień kalendarzowy: 12.09.2017
Miejscowość początkowa: Caloundra - Sunshine Coast.
Miejscowosc docelowa: Urangan - Harvey Bay.
Stan licznika na początku dnia: 500038km
Stan licznika na koniec dnia: 500303km
Dystans przebyty samochodem: 265km
Dystans całkowity: 405km
Tankowanie do pełna: 55 baksów

Dzień 4: Caloundra, Noosa i Urangan zaznaczono na mapie gwiazdkami.

Dzień dobry. Budzimy się o dziwo całkiem wyspani. Nixon zapewnił nam godziwy sen a kemping rozpieszcza infrastrukturą. Nad brzegiem bliżej nieokreślonej wody jemy śniadanie zupełnie tak samo wykwintne jak w domu. Tost posmarowany avokado, na wszystkim jajko na miękko i herbata english breakfast-bajeczka. Trudno się stresować. Nagle, ni stad ni zowąd przebiega obok nas dziki kangur Wallabie, który jest pierwszym kangurem widzianym przez nas na żywo w terenie. Za kangurem z krzaków biegną w popłochu ludzie poubierani w podobnie wyglądające uniformy. Całość w pierwszym kontakcie wygląda dosyć groźnie. W następnych razi w oczy nieporadnością przedstawicieli rodzaju ludzkiego zestawioną ze sprytem małego torbacza. Po chwili dowiadujemy się, że ów Wollabee uciekł z Pobliskiego Australia Zoo, tego samego w którym pracował legendarny Łowca Krokodyli - Steve Irwin. Nie poznamy dalszych losów pościgu ponieważ nadchodzi czas opuszczenia kempingu (zazwyczaj, jak się później dowiemy jest to godzina 11sta). Jestem nieco rozczarowany, ponieważ nadal nie mogę powiedzieć, że widziałem dzikiego kangura. Opuszczamy kemping, nie mamy jasnego celu, nie musimy jednak jechać daleko. Przejechaliśmy ledwie 300-400metrów a naszym oczom ukazała się piękna plaża z placem zabaw i widokiem na Lazurowe wody Oceanu. Jest gorąco i atrakcyjnie więc tutaj bez żadnego przymusu spędzamy późne przed i wczesne popołudnie. Trudno pojąć, źe ludzie którzy są z nami na placu zabaw nie są tak samo jak my turystami. Plaża i widok na Birbi Island wygląda tak egzotycznie, że trudno uwierzyć że jesteśmy właśnie uczestnikami codziennego życia australijskiego: Wyszkowa, Garwolina czy dajmy na to Pułtuska. 
Z Caloundry udajemy się wzdłuż Sunshine Coast a później autostradą do miejscowości Noosa. Miejscowość jest jedną z tych bardziej charakterystycznych na całej trasie. Miejscami przypomina mi coś co już widziałem, Santa Cruz? A może jednak Łebę? My odwiedzamy lokalną plażę, promenadę i rekomendowany nam wcześniej Surfing club z tarasem widokowym. Jest tu prawie jak nad jeziorem zdworskim ;) tylko zamiast ciepłej wódki i starych pierogów z jagodami serwuje się tu zimne proseco w schlodzonym szkle i kalmary. Duża porcja nazwana jest tutaj (Share waves) - taką zamawiamy.
Ponownie wychodzimy na Plażę, która jest zawiana tak samo jak ta w Porto, gdy pierwszy raz witaliśmy się z Atlantykiem.
Jeśli awersem Noosy jest Ocean, to jej rewersem jest zatoczka, która tworzy układ kanałów zakończony jeziorem Weyba. Wpiszcie sobie w Googlu słowo Noosa i wyszukajcie grafiki. 

Noosa - zdjęcie ze strony www.sunsetcove.com.au

Miejsce jest niesamowite i łatwiejsze do zrozumienia po obejrzeniu fotografii niż przeczytaniu jakiegokolwiek opisu. Nad jednym z tych kanałów znajdujemy plac zabaw. Następuje czas na wybieganie młodzieńca na pobliskiej polance. Ludzi mimo sielankowego nastroju generalnie starają się tu coś robić, ktoś gra w piłkę, ktoś rzuca piłką do rugby, ktoś medytuje.
Z boku jakiś przystojniak przerzuca kotlety i warzywa, ekipa bez npięcia i pośpiechu kręci program w konwencji "gotowanie na ekranie"
Na parkingu, na którym stoimy pojawia się drugi Spaceship (Gen Lee). Wysiada z niego parka, która na relaksie na brzegu malowniczej rzeczki rozstawia sobie leżaczki i składany grill. Przed nami jeszcze dzisiaj kawałek drogi. Ruszamy. Trasa to głównie wzgórzyste krajobrazy, które przynoszą wspomnienie suwalszczyzny. Tyle że tutejsze krowy pasą się wśród palmowych drzew, a gdzieniegdzie zamiast bociana można zauważyć kangura (tak napisała Ewa, ja jako kierowca nadal ich nie widziałem). No właśnie, słyszałem tych opowieści sto. Tutejsze kangury ponoć tylko czychają przy skraju drogi na nadjeżdzający samochód by w ostatnim momencie rzucić się pod jego koła. Między innymi dlatego właśnie australijskie samochody terenowe i ciężarówki mają w większości wzmocnione, stalowe zderzaki. Uppsss, przed chwilą przejechaliśmy obok jednego, prawdopodobnie potrąconego - leżał w rowie, nie wyglądał zbyt dobrze. Zauważyliśmy go zaraz po tym, jak zorientowaliśmy się, że przejechaliśmy .... węża (taki z 1,5-1,8metra) :/ Nie mamy nic do węży i mamy nadzieje, że mimo tak niefortunnego pierwszego z nimi spotkania, węże nie będą miały też nic do nas... sorry węże. 
Powoli dzień dobiega końca, szutrowa droga, która się poruszamy i brak zasięgu o zachodzie słońca przekonują nas do zmiany trasy. Zamiast przez narodowy park, wybieramy powrót do cywilizacji, czyli azymut na A1, czyli Bruce Highway (mijane po drodze campery na światłach awaryjnych jedynie utwierdzają nas w przekonaniu o słusznosci tej decyzji, młody na szczęście śpi).
Okazuje się, że droga do nas mówi ;-) Przy drogach stoją znaki, które kierowców znużonych trasą zachęcają do pewnego rodzaju zabawy. To oczywiście po to, żeby ocucić ich umysły. Na trasie pojawiają się kolejno znaki. Pytanie: jaka jest największa wyspa Queensland? Za jakiś czas wyrasta znak odpowiedź: Freiser Island. Po nim kolejny: keep playing... oraz inne zachęcające do odpoczynku. Np. niektóre  znaki zapraszają do miejsc, w których można otrzymać darmową kawę w godzinach otwarcia takiego przydrożnego punktu. 
W minejszych niż wczoraj stresach (ale jednak) docieramy do miejscowości Urangan w Harvey Bay.
Nocleg dziś to Collonial Village sieci Youth Hostels Australia (YHA-lubimy!). koszt tym razem to 24 AUD (lubimy!), kamping jest klimatyczny, cichy, spokojny, ze mini lasem deszczowym i stawem, w którym pływają kaczki i żółwie (lubimy!). Dookoła kręcą się pawie. Brak jednak infrastruktury dla maluszków, trzeba było sobie radzić przy umywalce w damskiej toalecie, ale spoko. Wszystko jest czyste i wygodne. Kuchnia jest przestronna, wydzielona oraz z salonem telewizyjnym.
Po rozłożeniu się idziemy do knajpki na terenia kampingu, która serwuje bardzo dobre piwko Coopers za jednym 6 AUD (ajjjj, lubimy!) i Coronę (ja jednka mniej). Co za relaks, piwko i muzyczka w tle. Ładujemy całą elektronikę...ładowarki rozgrzane są do czerwoności.

W nocy już gorącej, zastanawiamy się czy tutejsze węże maja jakieś plany odwetowe w stosunku do nas. Upewniam się u chłopaka za barem, czy mają tu węże. Odpowiada z grymasem, że nieeee.. Ja mu wierzę, Po toalecie, w której na ścianie wisi zdjęcie polskiego hydroplanu Wilga udajemy się na spoczynek (przed oczami widzę znany dobrze budynek PZL Warszawa w Alei Krakowskiej - ole!) . Otwarte szyby już powoli nie wystarczają, na następny nocleg chyba otworzymy klapę. Ciekawe czy Ewa też zastanawia się czy są tutaj węże mściciele? Gasimy gral marina zawieszonego pod sufitem. Dobranoc :-)







niedziela, 12 listopada 2017

Brisbane to Cairns. Sunshine Coast. Trudny start w trzeci wymiar tymczasowości. Dzień 3.

Dzień kalendarzowy: 11.09.2017
Miejscowość początkowa: Brisbane
Miejscowosc docelowa: Caloundra
Stan licznika na początku dnia: 499898km
Stan licznika na koniec dnia: 500038km
Dystans przebyty samochodem: 140km


Dzień 3: Brisbane, Woorim i Caloundra zaznaczono na mapie gwiazdkami.

Dzień zaczynamy dosyć nietypowo. W nocy przyleciała do N. jego najbliższa rodzina (włącznie z siostrą, którą znamy). Po przebudzeniu wychodzę na taras i tam witamy Mamę N. Poznajemy się, taras i okoliczności skłaniają nas do odbycia krótkiej rozmowy zapoznawczej. Rozmowy, która jak mi się dziś wydaje, jest być może najważniejszą rozmową jaką do tej pory odbyłem na tym kontynencie. Nie chcemy jednak zabierać za dużo czasu rodzinie, żegnamy się. 
Nikodem oferuje podwózkę do firmy, w której wynajęliśmy samochód i tam się rozstajemy. Robi się trochę smutno, przyzwyczailiśmy się do Nikodema, Brisbane i polubiliśmy tego gościnnego Queenslandera, który był naszym ostatnim poważnym noclegiem na tej trasie. Samochód w pierwszym kontakcie nie robi na nikim dobrego wrażenia. Drugi tylko to wrażenie pogłębia... Zastanawiam się czy to wszystko wypali, ale ok, nie ma co marudzić... Podpisujemy wszystkie papiery i ruszamy! Klepię samochód po desce rozdzielczej i liczę na dobrą współpracę. To powinno być tym łatwiejsze, że już jesteśmy na "TY". Auto nazywa się Nixon!
Nim na dobre ruszymy w trasę, podjeżdżamy jeszcze do okolicznego centrum handlowego, aby zrobić niezbędne zakupy. Niezbędne w tym wypadku to cały duży kosz. Nie nawidzę zakupów, ale Ewa przekonuje mnie, że są niezbędne. Ok...
Centrum handlowe to też spotkanie z inną Australią, obiekt leży na uboczu miasta. Trochę przypomina mi smutne prowincjonalne miasteczka na zachodnim wybrzeżu USA. Przyglądam się ludziom, którzy są nieco mniej zadbani niż ci, których zazwyczaj widuję w Sydney. Centrum handlowe też nie napawa optymizmem, jest dosyć ciemne i przygnębiające tak samo jak pierwsze centra handlowe w Polsce lat 90tych (Bemowo, Targówek, Reduta itp..). W centrum spędzamy w sumie kilka godzin i kiedy naprawdę mam dość w końcu się z niego wydostajemy. Czas topnieje, mamy przed sobą trasę na około dwie godziny. Czyli na kemping powinniśmy zdążyć ledwo przed zachodem Słońca. Pakujemy zakupy, wsiadamy do auta, kluczyki w stacyjce i... klops. Auto nie odpala... Mi już wystarczy na dziś emocji, po krótkiej analizie sytuacji stwierdzam, że to akumulator. Ewa ogarnia telefoniczny system pomocy drogowej (ja nie mam do tych maszyn nerwów) i po około pół godziny podjeżdża pick up serwisowy NRMA. Na szczęście facet jest fachowcem, sprawnie wymienia akumulator, potwierdza, że alternator wygląda na dopiero co wymieniany i ocenia, że raczej nie powinniśmy mieć z elektryką poważniejszych problemów. Mam taką nadzieję, ponieważ jestem już tą całą sytuacją lekko zmęczony. Na szczęście nic nie płacimy, facet przywraca nam nadzieję w powodzenie całej wyprawy, zabiera ze sobą zepsuty akumulator oraz mój podpis a my w końcu na poważnie wyruszamy w podróż. B dosyć szybko usypia, więc jest chwila na wytchnienie i przetrawienie wszystkich emocji. Nasz plan zakłada dojechanie dzisiaj do rejonu zwanego Sunshine Coast. Po drodze zbaczamy jeszcze na wyspę Birbie by zobaczyć rekomendowaną nam miejscowość Woorim. Miejscowość nie oferuje nic co wymagałoby takiego poświęcenia, ale jak się sam o tym nie przekonam to w to nie uwierzę. W Woorim nie spędzamy nawet 20 minut, wsiadamy do Nixona i jedziemy dalej. Trwa wyścig z czasem. Zaraz zapada zmierzch a B. też może w każdym momencie się obudzić i skończyć sielankę spokojnej podróży. Tak się w końcu dzieje. W nocy dojeżdżamy do miejscowości Caloundra. B. już od jakiegoś czasu wyraźnie manifestuje niezadowolenie z sytuacji, w której od ponad dwóch godzin się znajduje (fotelik) a my rozpoczynamy (nieco desperackie) szukanie noclegu. Znów całej sytuacji towarzyszą nerwy, w zasadzie pierwsze dwa telefony to kampingi, na których brak miejsc. Jest noc a ja znajduje się w sytuacji, która nawet gdybym jechał sam nie należałby do najprzyjemniejszych. W końcu znajdujemy nocleg na jednym z największych campingów należących do sieci Big4 (Waterfront Camping). Płacimy 48AUD i w zamian dostajemy spokój na jedną noc. Cieszę się z takiego obrotu sprawy. W końcu możemy pomyśleć o zorganizowaniu pierwszego noclegu w samochodzie, który jest niewiele większy od zwykłego kombi:-) Kamping na szczęście wygląda na czysty i jest wyposażony w dobrą infrastrukturę towarzyszącą. Jemy świetną kolację, myjemy się i oczyszczeni ze złych emocji i pierwszych nieprzyjemnych doświadczeń udajemy się spać. Nim się jednak na dobre położymy, spędzamy sporo czasu na odpowiednim zorganizowaniu tej małej przestrzeni. Nie wiemy jeszcze jak do tego tematu podejść efektywnie, może jutro będzie lepiej? Wszyscy na miejscu? Tak! Wyłączam latarkę, oddycham z ulgą... Na dziś Dobranoc  :-)

 Pierwszy kontakt z naszym Spaceshipem nie napawał optymizmem
Drugi tylko pogłębił uczucie zwątpienia :-)
Woorim - dziwne miejsce na wyspie Birbie Island. Nie wiem o co chodzi, ale dla mnie jest to statek na mieliźnie...