sobota, 29 września 2018

Newcastle - na północ od Central Coast

Jadąc dalej na północ od Central Coast, które odwiedziliśmy ostatnio, po około godzinie jazdy samochodem dojedziemy do miejscowości Newcastle. Jest to drugie co do wielkości miasto w stanie Nowa Południowa Walia (czyli drugie miasto po Sydney) i szóste co do wielkości w całej Australii. Miasto to liczy około 300 tysięcy mieszkańców, czyli jest mniej więcej wielkości naszego Białegostoku. Newcastle znajduje się około 160 km na północ od Sydney i między tymi dwoma miastami najłatwiej poruszać się autostradą M1 (tętnicą komunikacyjną całego stanu), czyli popularnym Pacific Highway. Newcastle położone jest nad malowniczym ujściem rzeki Hunter do Oceanu Spokojnego. I choć miasto znajduje się bardzo blisko doliny Hunter, kojarzonej dzisiaj raczej z biznesem winiarskim to historia miasta jest nierozerwalnie związana z przemysłem ciężkim. To właśnie rozwój górnictwa i przemysłu hutniczego powodował, że miasto wspinało się coraz wyżej na okoliczne wzgórza patrząc z coraz większej odległości na spokojne wody zatoki rozlewające się w dole.
 Witamy w Newcastle

Czego prawdopodobnie nie dowiecie się z Wiki to to, że miasto ma swój klimat. Mi po zaledwie trzech dniach trudno jest określić jaki to klimat, ale rozmawiałem z kilkoma ludźmi na ten temat i wiem, że na każdym Newcastle zrobiło dobre wrażenie. Może klimat tego miasta to architektura? Trochę inna od architektury sydnejskiej czy melbernskiej. Wymieszana, nowoczesna, historyczna i historyzująca, wielkogabarytowa jak i kameralna, momentami odważna.


 



 Architektonicznie dzieje się sporo
 Generalnie mix wielu myśli...

A może to skala miasta robi ten klimat? Wszystko jest tu bardziej kompaktowe, jakby obok siebie. Jest tu trochę klimatu wielkomiejskiego, jest tramwaj, są restauracje serwujące dania wszystkich stron świata, są całe kwartały prawdziwie miejskiej zabudowy. Mimo obecnego przemysłu, jest tu także całkiem sporo z klimatu nadmorskiego kurortu, który możecie poczuć na promenadzie Queens Wharf lub na surferskich plażach takich jak Nobbys czy Bar Beach. W mieście jest też oferta kulturalna w postaci Newcastle Museum czy Art Gallery. Jest też nocne życie, jest wolniejsze tempo i jest też oddech od big city lights Sydney CBD.

 Tempo tego miejsca tworzy jego klimat
 Bar Beach (jeden z dwudziestu dni w roku bez słońca :-))
 
Newcastle Museum

Osią rozrywkową i handlową miasta jest ulica Hunter Street, która w czasie gdy odwiedzaliśmy miasto świeciła raczej pustkami. Trudno się dziwić, odwiedzaliśmy Newcastle w długi weekend czerwcowy czyli na samym początku zimy, która tutaj zaczyna się deszczem... W naszym wypadku deszczem, który trwał z krótkimi przerwami przez cały czas naszego pobytu w Newcastle. W związku z tym, w poszukiwaniu rozrywki udaliśmy się także na ulice Darby St i Beaumont St, które tamtej nocy skuteczniej niż Hunter przyciągały muzyką, jedzeniem, zabawą i alkoholem. Na podstawie naszych doświadczeń możemy na nocny wypad polecić zwłaszcza Beaumont St. Jednak nie oczekujcie zbyt wiele, to lokalna uliczka w średniej wielkości mieście.



My postawiliśmy na Beaumont St :)
W wolnym tłumaczeniu - Wódka może nie być odpowiedzią, ale warto strzelić po szczeniaczku...
 Graj Cyganie graj!
Beamount St przekonało nas swoim kolorytem i przekazem...

Z rana obudził nas deszcz, szybko skreśliliśmy z planu dnia plaże i udaliśmy się na zarekomendowany nam chwilę wcześniej Food Market. Umówmy się, to żadna wielka atrakcja, ale woleliśmy to niż siedzenie w domu. Na lokalnym rynku spożywczym spotkaliśmy między wieloma lokalsami także azjatów serwujących przysmaki rodzimej kuchni, pszczelarza z Niemiec (kontekst historyczny zaczyna ważyć na moim postrzeganiu tej nacji) oraz kupującą warzywa, miłą Polkę ze Świnoujścia. Newcastle mimo, że nie jest wielkim ośrodkiem biznesowym, jest nadal bardzo wielonarodowym tyglem. W sumie nie powinno być w tym nic dziwnego. Miasto jest w jakimś stopniu zapleczem kadrowym także dla Sydney. Ze względu na znacznie niższe koszty nieruchomości  i wcale niezłą jakość życia, wiele osób osiedla się tutaj, pracując zdalnie lub dojeżdżając do Sydney na dwa-trzy dni w tygodniu.

 Jedzenie z Food Trucka na Food Markecie. W rap muzyce stawiamy na East Coast... w jedzeniu na Notoriousa P.I.G :-)
 Food market to w zasadzie zwykły targ, coś jak giełda na Żeraniu. W żadnym wypadku nie jest to lans jak w przypadku żoliborsko-mokotowskich targów śniadaniowych.

My mieliśmy szczęście przez te trzy dni naszego pobytu pomieszkać w wiktoriańskim domu w centrum miasta. Wszędzie mieliśmy blisko. Zaczęliśmy naszą podróż po mieście od najbardziej atrakcyjnego turystycznie nabrzeża Queens Wharf, które powstało w latach 80tych XX wieku w związku z obchodami dwusetlecia miasta. Promenada ma raczej lokalny charakter i jeśli będziecie pamiętać, że miasto ma rodowód przemysłowy, raczej Was nie zawiedzie. Przypuszczam, że w lato dodatkowo tętni życiem co może tylko wpływać na jej atrakcyjność.

 Zabudowania przy Quuens Wharf
 Widok z Queens Wharf w kierunku latarni Nobbys

Spacerując promenadą w końcu dojdziecie do latarni Nobbys, która znajduje się na końcu długiego półwyspu.

Latarnia i plaża Nobbys 

Stąd zobaczycie także plażę o tej samej nazwie i fort Scratchley (czyt. Skraczli), który góruje nad miastem mniej więcej od lat 80tych XIX wieku. Fort został wzniesiony w celu obrony miasta przed Rosjanami, których mogłyby przyciągnąć tu bogactwa naturalne regionu. Od tamtego czasu fort trwał w gotowości bojowej, ale ogień otworzono z niego dopiero "na przywitanie" Japończyków w czasie II wojny światowej. Nie jestem pewien dalszych losów fortu. Wiem natomiast, że dnia 11 czerwca 2018 roku działa przemówiły ponownie. Tego dnia Bruno na wejściu do fortu zażyczył sobie strzelać z tutejszych armat. Pan w mundurze spokojnie odpowiedział nam, że nie ma problemu, ale lepiej by było gdyby Bruno jeszcze trochę podrósł. Wszystko zbyliśmy śmiechem, ale ku naszemu niemałemu zdziwieniu, kilka minut później oddawano salwy z wszystkich dział zainstalowanych w forcie (włącznie z działami 150mm). Zrobiło to wrażanie na każdym z nas. Mimo upływu czasu Bruno do dziś pamięta to wydarzenie dosyć dobrze i Newcastle kojarzy mu się głównie z armatami :-). A ponieważ działo się to wszystko w dniu urodzin Królowej (obecnie Elżbiety II), który w całej Australii jest dniem wolnym od pracy, początkowo myśleliśmy, że to element świątecznych obchodów.
Jak się później okazało, salwy armatnie w Newcastle oddawane są każdego dnia, dokładnie o godzinie 13stej. Jest to element kultywowanego do dziś zwyczaju, który w dawnych czasach służył kapitanom statków do synchronizowania instrumentów nawigacyjnych.

 Obchody dnia Królowej

 uroczyste salwy z dział 150mm

Działa kaliber 150mm


 Salwa z działka 40mm
W mieście jest jeszcze jedno miejsce warte odwiedzenia. Strzelecki lookout to malownicza trasa widokowa nazwana na cześć polskiego odkrywcy. Chodnik i platformy widokowe poprowadzono na samej krawędzi wybrzeża klifowego, z którego rozciąga się piękny widok na Ocean. To jedno z tych ciągle licznych miejsc w Australii, w którym możemy poczuć się dumni z dokonań naszego niezbyt znanego w kraju rodaka.



  
 Ocean robi robotę nawet w taki dzień jak ten...
 
Strzelecki Lookout

Zdecydowanie polecamy Newcastle na weekend.

Newcastle. Galeria Foto.

wtorek, 18 września 2018

Central Coast - na północ od Sydney

The Entrance to główna miejscowość regionu nazywanego Central Coast znajdującego się nieco ponad godzinę jazdy samochodem na północ od Sydney. Jest to charakterystyczny punkt na trasie drogi A49. Przejeżdżając przez Entrance zwrócicie na to miejsce na pewno uwagę ponieważ miasteczko zajmuje obszar ziemi ograniczony z trzech stron wodą. Dzieje się tak ponieważ Entrance to nie tylko nazwa samej miejscowości, ale także kanał biegnący wzdłuż jej północnej granicy. Kanał ten jest wejściem (stąd nazwa Entrance) jeziora Tuggerah Lakes, zamykającego miejscowość od zachodu do Oceanu flankującego miasteczko od wschodu.

 The Entrance, kanał z widokiem na most (w stronę jeziora)
 
 Płycizna kanału i pogłębiarka
 
 Wyjście na Ocean
Wyjście na parking...

The Entrance jest wśród sydnejczyków popularnym miejscem do spędzenia niezbyt obciążających budżet wakacji, miłych weekednów czy po prostu miejscem wypadowym na jednodniowy odpoczynek. Taki stan rzeczy utrzymuje się od roku 1885, czyli od momentu, gdy w mieście powstał pierwszy pensjonat. 

A skoro w Sydney wiosna zaczęła się na dobre i temperatury sięgają już nieśmiało 30stu stopni, w ostatni weekend uroki miejsca sprawdzaliśmy także i my.

Wybierając się do Central Coast warto zarezerwować sobie jeden z noclegów z "Waterfront" w nazwie. My wybraliśmy nocleg Two Shores nad samym brzegiem jeziora Tuggerah... I był to strzał w dziesiątkę.
 Witaj nowy dniu
 Witaj jeziorze
 Witajcie floro i fauno...
 Hip! hip! Two Shores!

 Lake boarding
 Mazury
a może Lake Tuggerah (tu by night)

Będąc w Entrance za dnia, warto pokręcić się trochę po mieście, pospacerować nad Oceanem i odwiedzić okolice samego kanału. To rozrywkowe centrum tego miasteczka. Można tam w miarę przyzwoicie zjeść, posiedzieć w jednym z barów, pogapić się na wędkarzy, odpoczywających mieszkańców, turystów, wesołe (ale raczej z nazwy) miasteczko i... Pelikany. Dużo Pelikanów...
W jednym z lokalnych barów... Kultura dawania napiwków w Australii (podobnie jak w Polsce) praktycznie nie istnieje.
Wesołe miasteczko w The Entrance
 
W 1999 r. Nabrzeże The Entrance zostało nazwane przez Wyong Shire Council "Pelikanową stolicą Australii". Ta samozwańcza deklaracja zbiegła się w czasie z otwarciem platformy do karmienia pelikanów, która wybudowano w ramach przebudowy tutejszego nabrzeża. Ponoć rytuał karmienia Pelikanów (który odbywa się codziennie o godzinie 15.30) przyciąga rocznie około 20 000 gości.






Ciekawostki:

W miejscowości Entrance znajduje sie szkoła do, której w młodości uczęszczała Natalie Imbruglia. Jeśli nie wiecie któż zacz to nie sprawdzajcie... i tak nie zapamiętacie.

W 2006 roku lokalne kino zyskało (równie lokalny rozgłos) po tym jak właściciel odmówił wyświetlania filmu Kod Leonarda da Vinci. Właściciel motywował swoją decyzję niezgodnością treści filmu ze swoimi przekonaniami. Szanuję, choć nie do końca rozumiem. W dzisiejszych czasach rzeczywiście na takie gesty trzeba mieć sporą odwagę. 

EDIT 24.09.2018: Okazało się dziś, że w Polsce w roku 2018 mamy podobny przypadek. W roli lokalnego The Entrance występuje Ostrołęka.

Aby uczcić początek letniego sezonu turystycznego, odbywającego się tradycyjnie w pierwszy pełny weekend grudnia, The Entrance organizuje doroczny festiwal Mardi Gras. Pierwszy Mardi Gras w Entrance odbył się w 1950 roku i jako taki jest jednym z najstarszych festiwali miejskich w Nowej Południowej Walii. Mardi Gras to najważniejsze wydarzenie w mieście w całym roku kalendarzowym. Na Mardi Gras składa się szereg wydarzeń, w tym: zabawy, koncerty, pokazy sztucznych ogni i najważniejsze wydarzenie czyli parada. Parada, w której biorą udział przedstawiciele sportowych, społecznych i komercyjnych organizacji z całego regionu.

Odwiedzając Central Coast na weekend warto wybrać się także na przejażdzkę by zobaczyć takie miejsca jak:

- Norah Head Lighthouse. Jest to ponad stuletnia latarnia morska malowniczo położona nad brzegiem Pacyfiku. Warto przez chwilę popatrzeć z klifu na Ocean, zwłaszcza wtedy gdy w dole na wodzie lokalni surferzy maja używanie. 

 Norah Head Lighthouse. Rok budowy 1903

- kameralną plażę Budgewoi Beach, o której pisałem już wcześniej (naprawdę fajne miejsce). Ostatnio zaskoczyła nas piękną tęczą nad powierzchnią Oceanu.
 Budgewoi Beach - Lato 2018

 Zima 2018 na Budgewoi Beach

- Cave Beach. Nieco dalej na północ. Jak nazwa wskazuje jest to plaża z jaskinią. Nie tak malownicza jak plaża w Jervis Bay, ale sama jaskinia jest dużo ciekawsza. Jaskinia jest łatwo dostępna w czasie odpływu, można do niej wejść i przejść korytarzem pod jęzorem klifu na drugą jego stronę i znaleźć się na zupełnie innej, kameralnej plażyczce. 

 The Cave




 Druga strona Klifu


 Cave Beach

- Morriset Kangaroo point (o którym również już pisałem). Tym razem przestrzegę Was przed nazbytnim spoufalaniem się z dzikimi zwierzętami. Bylem naocznym świadkiem ataku kangura, który odbył się w klasyczny dla tego zwierzęcia sposób. Doskok, pazury wbite w klatkę piersiową, wyskok z tylnych nóg i uderzenie nimi z pełną siłą w brzuch ofiary. Tym razem ofiara wyszła z potyczki cało, ale nie wyglądało na to, żeby miała wielkie szanse na jakąkolwiek obronę, gdyby kangur ostatecznie nie odpuścił. 
P.s. Zaatakowaną osobą był turysta z Polski. Generalnie uważajcie.
 Spostrzegawczy zobaczą nogę młodego kangura...

 Ogólnie kangury to dosyć przyjazne zwierzęta, ale miejcie się na baczności. Kangur czyha!

Pozdrawiamy

niedziela, 9 września 2018

Holden - motoryzacyjna historia kontynentu

To trzeci z postów który anonsowałem już jakiś czas temu (i temu też) i teraz z poczucia obowiązku nadrabiam. Tak było z Anzac War Museum i tak było z postem o wpadaniu na siebie. Pisałem też kiedyś, że Australia obok kangurów i bumerangów kojarzy mi się także z regatami Sydney-Hobart. Potem dodałem do tej listy także Uluru, ale jest jeszcze jedna rzecz o której nie mogę w kontekście kontynentu (jako entuzjasta motoryzacji) nie wspomnieć. Są to mityczne samochody marki Holden, których nikt poza Australią nie widział (chyba, że na filmie Mad Max) wraz ze swoją najbardziej charakterystyczną odmianą czyli tzw. UTE (czyt. JUT). JUT to skrótowiec pochodzący od angielskiego słowa Utility Vehicle (czyli auto użytkowe). Samochody właśnie tego typu wyrobiły na długie lata moje postrzeganie całego kontynentu. Patrząc na te auta z perspektywy nastolatka, byłem święcie przekonany, że Australia musi być kontynentem mentalnie i kulturowo zmiksowanych sampli z Ameryki i Europy. JUT to przecież mix koncepcji charakterystycznej dla amerykańskiego pick-up'a (Dodge Ram, czy Ford F series) bazującego na ramie (lub raczej płycie podłogowej) i karoserii europejsko wyglądającego samochodu osobowego klasy średniej-wyższej. Przyznaję, że półtora roczny pobyt nie przybliżył mnie wcale do odpowiedzi na pytanie czy tak naprawdę jest. Nadal nie wiem czy taka jak JUTy jest też sama Australia? W skali kraju, nadal nie mogę tego jednoznacznie powiedzieć, ale jeśli chodzi o Sydney (które jako tako znam) to muszę przyznać, że ma ono charakter zdecydowanie bardziej europejski. Na Amerykę patrzy się tu z charakterystycznym dla Europy przymrużeniem oka... Podobnie jak i na same JUTy :-) Ale może po prostu Sydney wstydzi się tej prawdziwie australijskiej części samej siebie? Nie byłby to wcale w skali świata odosobniony przypadek. Czy nie podobnie jest w Warszawie? A może po prostu Sydney ze swoimi Range Roverami nie jest tym czym naprawdę jest Australia? Czym zatem jest prawdziwa Australia?

JUT (UTE) czyli koncept amerykańskiego pick -up''a na ramie samochodu osobowego takiego jak Holden Commodore czy Ford Falcon. Tu Holden UTE na bazie modelu Commodore w ostatniej wersji (VF). Pierwszy Holden Commodore zjechał z taśmy produkcyjnej w październiku 1978 roku. Ten konkretny model jest przedstawicielem ostatniej serii wyprodukowanej w Australii. Klamra - te 3 pierwsze zdjęcie zrobiłem dzisiaj, czyli dziewiątego dnia września, roku 2018.
  
 Charakterystyczny kształt
 czyli klasyka "Jutowego" gatunku
 Dla zadania szyku, często część ładunkowa przykryta jest lakierowaną pokrywą z laminatu...

 
W dobrym "Jutowym" tonie jest posiadanie wersji mocniejszej niż standardowa. Niestandardową moc obwieszczają zazwyczaj dodatkowe wloty powietrza, spoilery i nienaturalej wielkości zaciski hamulcowe.  
Tu najmocniejsza wersja holdenowskiego Juta - R8. Ośmiocylindrowy, sześciolitrowy, wolnossący silniki benzynowy.

Monster! liczby robią wrażenie, ale podobnie jak amerykańskie silniki, tak i ten w porównaniu z europejską konkurencją wyciska o połowę mniej koni z litra. Tu jest ich około 310KM (w pierwszej fazie produkcji było 307KM, po roku 2008 - 317KM). Dla porównania BMW M5 (wersja E60 sprzed piętnastu lat) wyciska 507 KM z pięciu wolnossących litrów.

UPDATE: Na FB zwrócono mi uwagę, że powinienem podać moc silnika w KW a nie w HP (KM).  Rzeczywiście tak jest, uwzględniając ten przelicznik mamy teraz około 420KM a to robi różnicę :-) Thx.

Tak, Chyba tak można powiedzieć. Do czasów ekspansji Toyoty i innych azjatyckich marek, tym właśnie była prawdziwa Australia. Lokalną wariacją na temat amerykańskich Muscle Carów w nieco bardziej europejskiej formie.
 
Logo Holdena z lwem (obecna wersja), zwane Lion-and-stone (z ang.: Lew i kamień).
To logo jest doskonale znane w całej Australii już od 1926 roku.

Ale zacznijmy od początku. Historia Holdena zaczyna się w roku 1856 roku w mieście Adelaide, w Australii Południowej, gdy James Alexander Holden założył przedsiębiorstwo o nazwie J.A Holden & Co. Pierwsze lata produkcji firmy związane są z wytwarzaniem...siodeł do jazdy konnej. Pierwszy kontakt firmy z motoryzacją nastąpił w roku 1913, kiedy to przedsiębiorstwo podjęło się produkcji bocznych wózków do motocykli. W 1914 roku ruszyła produkcja nadwozi do samochodów, na zlecenie General Motors Australia. W 1918 roku spółka zmieniła nazwę na Holden's Motor Body Builders (HMBB). W 1931 roku HMBB i GM-A połączyły się tworząc General Motors-Holden. W 1948 roku pojawił się pierwszy australijski samochód. Był to Holden (FX) 48-215. Występował on w wersjach Sedan i użytkowej Utility. Jak sami widzicie nazwa Ute, ma już 70 lat a w motoryzacji taki staż budzi szacunek. W 1957 roku w ofercie firmy pojawił się pierwszy Holden kombi, bazujący na serii FE. W 1969 roku powstał natomiast pierwszy australijski silnik V8 a modele Commodore, stały się jednymi z najlepiej sprzedających się samochodów w Australii. W 1987 roku powstało przedsiębiorstwo HSV, czyli Holden Special Vehicles, zajmujące się tuningiem modeli Commodore, UTE oraz nowego Monaro. Ten ostatni, będący dwudrzwiowym coupé, zbudowanym w oparciu o model Commodore, był oferowany także w Wielkiej Brytanii jako Vauxhall Monaro, oraz w Stanach Zjednoczonych od 2004 roku jako Pontiac GTO. Końcówka wieku dwudziestego to właśnie okres świetności firmy. Firma produkuje na rynek lokalny, z sukcesem eksportuje swoje produkty a do tego w ramach wspomnianego wcześniej HSV posiada de facto sportową dywizję, podobną do tych jakie posiadają w swoim portfolio takie tuzy jak Mercedes Benz (AMG) czy BMW (M Power GMBH). Pod koniec lat 90tych przewaga rynkowa Holdena nad jego głównym rywalem, australijskim Fordem wzrosła na tyle znacząco, że skłoniła zarząd firmy do podjęcie decyzji o rozpoczęciu prac nad nowym modelem Commodore. Najnowszy model australijskiego przedsiębiorstwa, Holden Commodore (VE), ujrzał światło dzienne we wrześniu 2006 roku. Jego następce i zarazem ostatniego z członków długiego jak na motoryzacyjne realia rodu, wypuszczono na rynek siedem lat później. Do dziś mam okazję oglądać go na ulicy, na której mieszkam a Wy macie okazję zobaczyć go na wstępie do tego posta. Przyjrzyjcie się uważnie, niestety jest to prawdopodobnie ostatni z Holdenów typu UTE wyprodukowanych w Australii. 
Początek wieku przyniósł bowiem firmie drastyczne spadki sprzedaży. W grudniu 2013 roku szef Holdena, Mike Devereux ogłosił, że marka Holden przejdzie rewolucyjne przemiany w 2017 roku. I faktycznie, już podczas naszej obecności na kontynencie, dnia 20 października 2017 roku oficjalnie ogłoszono zamknięcie australijskich zakładów Holdena kończąc tym samym historię przemysłu motoryzacyjnego na Antypodach. Skąd my to znamy?
Niestety znamy aż za dobrze. Swoją drogą, ciekaw jestem czy na Żeraniu została jeszcze jakaś pozostałość po dawnych zakładach FSO, które podobnie jak Holden swoje lata świetności miała w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku i których sam byłem naocznym świadkiem. Tu mała dygresja. podczas mojego pobytu w Stanach Zjednoczonych Ameryki doszło do spektakularnych upadków firm tzw. zagłębia motoryzacyjnego w Motor City czyli Detroit. Dziwny przypadek, ale byłem również świadkiem tamtych ponurych dla świata motoryzacji wydarzeń. Zapewniam jednak, że nie mam z tym nic wspólnego. Tak jak w przypadku FSO czy General Motors, tak i w Holdenie okazało się, że taniej będzie importować auta niż je produkować na miejscu. Jako powód w każdym z przypadków podano spadający udział w lokalnym rynku i nieopłacalność utrzymywania fabryk. Aż trudno uwierzyć, że w zakładach marki w Elizabeth jeszcze rok temu produkowany był kompaktowy Holden Cruze, a także kultowa linia modelowa Commodore wraz z serią Caprice i Statesman. Historyczny dla australijskiej motoryzacji moment nastąpił jak wspomniałem 20 października, kiedy to z taśm zjechał ostatni australijski samochód - czerwony Holden Commodore VFII SSV Redline Commodore sedan.

Ostatni Holden wyprodukowany w Australii. Zdjęcie pochodzi ze strony carsguide.com.au

Na szczęście wbrew wcześniejszym doniesieniom General Motors nie zdecydowało się zlikwidować marki Holden, lecz poprzestał na zamknięciu australijskiej fabryki i wycofaniu lokalnie opracowanych samochodów. Od końca 2017 roku gama Holdena po raz pierwszy w historii marki składa się tylko z importowanych z Europy, Korei Południowej i Stanów Zjednoczonych samochodów Chevroleta, Opla i GMC oferowanych pod własnym znaczkiem. Jest to w sumie smutna historia o tym, jak największy producent samochodów na kontynencie stał się de facto siecią dystrybucyjną marki, której już nie tworzy. Trudno jednak kłócić się z ekonomią, która bezwględnie zweryfikowała potencjał nabywczy kontynentu jako zbyt mały a koszty produkcji jako zbyt wysokie. Do podobnych wniosków rok wcześniej doszli księgowi Toyoty, a chwilę później także i Forda zamykająć swoje zakłady produkcyjne w Australii. Od 2016 roku  Holdeny Astra dla Australii produkowane są między innymi... w Gliwicach.

Jeden z modeli w ofercie sieci dystrybucyjnej Holdena. Holden Astra. Pozdrowienia z Gliwic. 
Zdjęcia wykonane dnia 08.09.2018. 
Na koniec zapraszam do obejrzenia zdjęć z wizyty w National Automobile Museum of Tasmania znajdującego się w Launceston. Wśród wielu dostojnych przedstawicieli światowego olimpu motoryzacji zobaczyć można także liczną reprezentację australijskiego przemysłu motoryzacyjnego, w tym oczywiście Holdena. Liczba modeli i historia tej marki we mnie na pewno wzbudza respekt.
 
National Automobile Museum of Tasmania.
Galeria Foto
Pozdrawiamy!