niedziela, 15 kwietnia 2018

Hobart (port) - Tasmania

Z Launceston ruszamy wprost do Hobart. Stąd do stolicy Tasmanii  można dotrzeć na kilka sposobów. My wybieramy taki, który może nie jest najszybszy, ale prowadzi wzdłuż wschodniego wybrzeża oferując po drodze widok na Morze Tasmana. Przez większość trasy droga nie jest szczególnie ekscytująca, ale mija szybko i bez problemów. W pewnym momencie wszystkim w samochodzie udziela się zmęczenie... Po krótkim postoju na jedzenie w mieście Swansea ruszamy w dalszą drogę do Hobart. 

 
 W drodze do Hobart. 
Za oknem takie oto widoki, na trasie z Launceston do Sweanse raczej typowe.

               
Swansea, nadmorska miejscowość na trasie do Hobart. Tutaj zatrzymujemy się na chwilę.
Bliżej Hobart krajobraz nieco się zmienił  
 

 Przejazd przez Orielton Lagoon (tuż przed Midway Point i niedaleko od Hobart)
               
Niezapomniany widok. Wjazd do Hobart trasą A3 (Tasman Highway)
 Charakterystyczny most nad zatoką prowadzi nas wprost do Centrum miasta.

Do Hobart przybywamy o trzy dnia za późno żeby załapać się na ostatki regat, ale mimo wszystko i tak od razu wszyscy udajemy się do portu. Port jak się po chwili okazuje, żyje już inną imprezą żeglarską. Jednak w marinie pozostaje nadal zacumowanych kilka łodzi biorących udział w zawodach (ja naliczyłem trzy lub cztery). Na szczęście przy zamkniętym nabrzeżu nadal można było podziwiać rekordzistę trasy sprzed roku, charakterystyczną łódź InfoTrack. Nabrzeże mimo, że niedostępne dla osób postronnych, sforsowałem starą metodą roboczo nazwaną „ale co chodzi?". Ostatecznie udało mi się podejść nieco bliżej tej legendarnej łodzi. W roku 2016 pod nazwą Perpetual Loyal łódź ta pobiła dotychczasowy rekord trasy z roku 2012 o ponad 5 godzin. Obserwatorzy uznali wówczas nowy rekord za bardzo ciężki do pobicia. Perpetual Loyal w roku 2016 potrzebowała na pokonanie 628 mil morskich (1163 km) jednego dnia, trzynastu godzin, 31 minut i 20 sekund. W tym roku LDV Comanche pobił ten rekord o ponad cztery godziny (1/09:15:24). Coraz mniej czasu pozostaje więc kibicom śledzącym najszybsze łodzie na transfer między Sydney a Hobart. 

W galerii pod linkiem umieszczonym poniżej możecie między innymi zobaczyć jak wygląda z bliska InfoTrack- obecnie jedna z najszybszych łodzie na świecie.  

        


Nie da się ukryć, że wszyscy chyba czujemy zmęczenie ostatnimi dniami w podróży. Na szczęście Hobart przynosi nam odpoczynek, stały pobyt na najbliższe cztery dni i relaks. Nie mamy specjalnych planów. Ja chcę odwiedzić jeszcze jedno miejsce, o którym napiszę wkrótce. Poza tym odwiedzamy z Czarkiem sześćset dwudziesty ósmy salon Harley Davidsona w Australii (Czarek podobnie jak ja, ma kilka natręctw). Do tego zaliczamy kilka lokalnych sklepów z alkoholem, kilka spożywek a co wieczór podziwiamy widok na zatokę z tarasu naszego chwilowego miejsca zamieszkania. W Hobart poranki są leniwe, dni umiarkowanie intensywne a wieczory relaksacyjne. Złoty przepis na wakacje.

Pokoje hotelowe i samochód na ostatnie dni zamieniamy na dom. Ave Airbnb!
 Wschód Księżyca nad Hobart. Wieczorny widok z tarasu.

Taras i jedna z sypialni w naszym tasmańskim domu mają widok na wejście do zatoki. Z sypialni widać latarnię Iron Pot, którą muszą minąć wszystkie łodzie zmierzające do mety w Hobart. Kto śledził kiedykolwiek regaty będzie wiedział, o której latarni mówię. Domyślam się, że te trzy dni wcześniej ta oferta na airbnb byłaby dwa razy droższa... Uwaga. Transport na Tasmanię i noclegi tutaj są droższe niż na samym kontynencie. Okresy świąteczne tylko podbijają stawkę. 

  
 Widok na wejście do zatoki...
   
 ...i charakterystyczną latarnię morską Iron Pot.
 
Jedno z ulubionych miejsc reporterów z całego świata do fotografowania łodzi wpływających na ostatni odcinek przed metą w Hobart. Źródło: www.rolexsydneyhobart.com

Miejsce, w którym spędzimy resztę naszej noworocznej wyprawy wyjątkowo przypadło nam do gustu. Nie spodziewaliśmy się po nim tak wiele. W samym domu wszyscy odnaleźli szybko swoje kąty. Czarek, który wydaje mi się, że już zmęczył się podróżą nagle odżył. Automatycznie przejął pod swoją kontrolę spory ogród i grilla, Kaśka dalej zarządzała wycieczką, tyle że z salonu. My zajęliśmy się młodym, transportem i aprowizacją. Hobart to etap podróży, który wspominam najmilej. Wszyscy bez wyjątku stawiamy na relaks, luzujemy i to się da odczuć. Z samego miasta raczej korzystamy niż je zwiedzamy, dlatego nie będę Wam o nim opowiadał. Powiem tylko, że będąc na Tasmanii warto je odwiedzić. W między czasie nasz KaOwiec Kaśka organizuje nam wypad do Richmond, w którym jest park miniatur Old Town Hobart, do Zoodoo Zoo i Mount Field National Park. W drodze do parku odbieramy jeszcze pożyteczną lekcją rodzicielstwa, z której do dziś konsekwentnie korzystamy... dzięki!

powoli zbliżamy się do końca naszej podróży, ale nim wrócimy do Sydney chcę pokazać Wam jeszcze dwa miejsca. Tasmania coraz bardziej nam się podoba :-)

 

  
Klimatyczna wioska Richmond w stylu kolonialnym...

 z parkiem miniatur dawnego Hobart, którego ostatecznie nie odwiedzamy (stwierdzamy, że nuda).

 

sobota, 7 kwietnia 2018

Launceston - Tasmania

Krótka rzecz o  Launsecton...

Launceston to dwunaste co do wielkości i trzecie najstarsze miasto w Australii. W samej Tasmanii, Launceston jest drugim co do wielkości ośrodkiem miejskim i często pierwszym miejscem, do którego przybywają odwiedzający wyspę. Tak było i w naszym przypadku. Po tym jak wróciliśmy z Great Ocean Road i z przygodami w Melbourne załadowaliśmy się do samolotu, po raz kolejny w tym tygodniu ruszyliśmy w nieznane. Chwilę po starcie przemierzaliśmy już cieśninę Bassa (Bass strait), którą zaledwie kilka dni wcześniej przecinały najszybsze jachty regat Sydney-Hobart. Od pierwszych lekcji geografii w podstawówce, na których dowiedziałem się o istnieniu Tasmanii, obszar ten był dla mnie tajemnicą i zarazem magnesem. Kojarzył mi się z zapomnianym przez cywilizację obszarem zamieszkałym przez stwory podobne do Diabła Piszczałki z "Przygód Wesołego Diabła". Oprócz diabłów, na samej Tasmanii wyobrażałem sobie także wampiry, które na skutek pokrewieństwa nazwy wyspy z Transylwanią wydawało mi się, że muszą tam być. Co prawda w ostatnich latach moja wiedza na temat Tasmanii nieco ewoluowała, ale nadal obszar ten kojarzył mi się z dzikością i nieznanym. Takie australijskie Bieszczady tylko bardziej. Hobart to drugi biegun tasmańskiego magnesu. To meta legendarnego rejsu z Sydney i ostatni przystanek naszej wspólnej noworocznej podróży. Nim do tego jednak dojdzie zapraszam na wycieczkę po Launceston - klimatycznej bramy do Tasi (jak pieszczotliwie wyspę nazywają Australijczycy).

Klimatyczny pas startowy lotniska w Launceston. Brama Tasmanii. Tutaj witamy się z wyspą. 

   

 

  

 

Nasz pobyt w Launceston był krótki więc i krótko podsumuję. Miasto ma bardzo ciekawą architekturę, klimatyczne uliczki w centrum i zdecydowanie ma swój charakter. Przez miasto przepływają trzy rzeki: Tamar, North Esk i South Esk. My udaliśmy się na spacer doliną jednej z nich - Tamar River. Klimatu spacerowi oprócz samego miejsca dodawał także kobziarz, który dosłownie wypełnił całą dolinę muzyką. Posłuchajcie.

  
Cataract George Reserve nad Tamar River

W Launceston odwiedziliśmy także muzeum motoryzacji National Automobile Museum of Tasmania, które polecam odwiedzić wszystkim fanom motoryzacji i o którym kiedyś coś napiszę. (tu będzie link)

i podróży zwanej życiem...

Launceston zwiedzam o poranku. Myślę, że mógłbym mieć pracę, która wymaga wstawania o piątej rano i nie zmusza do kontaktu z ludźmi. Światło zaraz po tym jak się pojawia jest zdecydowanie łaskawsze dla zdjęć, poza tym spokój... Od rana myślami jestem nad Hańczą, idę ulicami miasta i czytam na jednym z portali nurkowych ostatnie wpisy internetowych śledczych, prokuratorów i biegłych sądowych. Smutne to wszystko, bo jakoś przed moim wylotem nurkowaliśmy razem. Od lektury odrywa mnie pewien jegomość, który mija mnie na rowerze. Odprowadzam go wzrokiem a on na chwilę przystaje, rozgląda się i zawraca. Pyta mnie o drogę, nie mógł trafić gorzej, to moje pierwsze 15 minut na ulicach Launceston (pomijając wczorajszy wieczorny transfer przez miasto z przystankiem na zakupy). Rozmawiamy, okazuje się że facet przerabia tą samą trasę co my... Z roweru nie zsiada od października (jest trzeci dzień stycznia). Z Cairns przejechał wybrzeżem do Sydney, potem odbił do Blue Mountains, z którego ruszył wybrzeżem do Melbourne, następnie promem dostał się do Tasi, którą przejedzie dookoła, potem zapakuje się z powrotem na prom i ruszy w kierunku Adelaidy. Trasa na pięć tysięcy kilometrów. Wielki szacunek. Rozmawiamy chwilę po czym każdy rusza w swoją stronę. Przypomina mi się kumpel z bloku spod dziesiątki. Robi podobne rzeczy w polskiej skali i podobnie jak spotkany jegomość nie robi z tego hecy. Przypomniały mi się wspólne wypady rowerowe na Roztocze i Podlasie, poranki w pociągach i wspólne kilometry na rowerze. Jakieś dwa lata temu dojechaliśmy pod Białoruską granicę. Mimo ostrzeżeń lokalsów przeszliśmy słupek pasa granicznego, stanęliśmy nad brzegiem Bugu i wtedy zrozumiałem, że po tajemnicze i nieznane wcale nie trzeba jechać na drugą stronę globu. Im dłużej mieszkam w świecie tak zwanej cywilizacji zachodu (uwaga. wg mnie Polska należy do tej cywilizacji tylko w części) tym bardziej wskazówki kompasu mojej ciekawości zwracają się ku wschodowi i temu wszystkiemu na wschód o czym jeszcze nic nie wiem... To jednak nie brama smoleńska a brama Tasmanii stoi dziś przed nami otworem. Kto wie? Może kiedyś? Kręte drogi prowadzą mnie. 
Sam na sam z przygodą. Spotkany przypadkowo podróżnik na rowerze. Według planów już powinien być w domu (w Niemczech).

czwartek, 29 marca 2018

Great Ocean Road - Spotkanie z Oceanem Indyjskim



Droga stanowa B100 znana powszechnie jako Great Ocean Road rozciąga się na odcinku 243 kilometrów na południowowschodnim wybrzeżu Australii. Droga zaczyna sie w miejscowości Torquay i kończy sie w miejscowości Allansford, nieopodal miasta Warrnambool, które tego dnia stało sie celem naszej podroży. Na tablicy pod symbolicznym łukiem Grat Ocean Road widnieje co prawda informacja, że współcześnie trasa rozciąga się aż do miejscowości Nelson leżącej na zachód od Warrnambool, ale każda mapa tej drogi kończy sie właśnie tam gdzie dziś zmierzamy. To właśnie Warrnambool powszechnie uznaje się za koniec Great Ocean Road i tego się dziś trzymajmy. Sama trasa została zbudowana rękami żołnierzy wracających z pierwszej wojny światowej w latach 1919-1932. W założeniach droga miała ożywić okoliczny ruch, dać krajowi najpiękniejszą autostradę, zająć weteranów jakimś konstruktywnym zajęciem i stać sie za razem  hołdem złożonym tym, którzy z wojny nie wrócili. Ponoć do dzisiaj ta część drogi B100 zwana Great ocean Road jest największym na świecie pomnikiem ofiar wojny. W prace przy niej zaangażowanych było ponad trzy tysiące weteranów pracujących klasycznymi metodami przy pomocy łopat, kilofów, taczek. Droga oddawana była etapami. odcinek Eastern View do Lorne oddano w roku 1922, a w listopadzie 1932 otwarty został odcinek drogi między miastami Lorne i Apollo Bay. W jego oficjalnym otwarciu uczestniczył ówczesny gubernator, porucznik Wiktorii William Irvine, który prowadził ceremonię w pobliżu znajdującego się w Lorne pubu Great Pacific Hotel. Niedługo potem droga została uznana za największy na świecie pomnik wojenny. W tym samym czasie w wydawanym w Melbourne dzienniku „The Age” pojawił się komentarz – „W obliczu niemal nieprzezwyciężonych sprzeczności, Great Ocean Road przeistoczył się z marzenia lub, jak wielu mówiło, „dzikiego projektu”, w konkretny fakt” (za wiki). Ojciec całego przedsięwzięca Howard Hitchcock nie doczekał ukończenia swego dzieła. Zmarł przed całkowitym ukończeniem budowy. Jako wyraz uznania, podczas ceremonii otwarcia jego samochód jechał drogą za autem gubernatora. Przy drodze, w pobliżu góry Mount Defiance, niedaleko miasta Lorne, znajduje się dzisiaj miejsce pamięci poświęcone Hitchcockowi, który wciąż jest nazywany Ojcem tej Drogi. Howard Hitchcock był prezesem prywatnego przedsiębiorstwa o nazwie Great Ocean Road Trust. Firma powołana została w celu sfinansowania budowy drogi, posiadała budżet uzyskany poprzez prywatne donacje oraz dzięki zaciągniętym pożyczkom. Budżet ten posłużył do sfinansowania całości prac. Do czasu spłacenia pożyczek za przejazd Great Ocean Road pobierano opłaty od kierowców. Po spłaceniu kredytów droga została podarowana stanowi.   

Great Ocean Road w okolicach Bells Beach

Przy samej trasie znajdują sie takie atrakcje jak Park Narodowy Great Otway,  London Arch, Loch Ard Gorge czy 12 Apostołów. Ze względu na walory krajobrazowe i liczne punkty widokowe mijane po drodze, trasa Great Ocean Road od roku 2011 znajduje się na liście  Australian National Heritage stając się jednym z symboli Australii odwiedzanym co rocznie przez około 6 milionów turystów.  Będąc w Melbourne trudno sobie było odmówić odwiedzenia takiej atrakcji.

W drodze do Great Ocean Road


W związku z tym, że Great ocean Road to klasyczny kawałek asfaltu tak samo jak Highway number 1 w Califorinii czy Adriatyka na wybrzeżu chorwackim, początkowo z Czarkiem zakładaliśmy przejechanie tej trasy na motorach. Jednak organizację wyjazdu rozpoczęliśmy na tyle późno, że pierwszego stycznia (w dniu kiedy wyruszaliśmy w podróż) w całym Melbourne do wynajęcie pozostał tylko jeden motor a wszystkie inne wypożyczalnie zamknęły się już na świąteczną przerwę. Co mnie nieco zdziwiło, na samym Great Ocean Road wcale jednak nie spotkaliśmy zbyt dużo motorów! Gdzie one wszystkie zatem są? Ja na całej trasie naliczyłem ich może z dziesięć? 
Nie ma jednak co narzekać, plan trzeba dostosowywać (lub pozowlić mu się dopasować) na bieżąco. W trasę wyruszyliśmy jednym pojazdem (co było dużo łaskawsze dla naszych portfeli) i to pojazdem dla tej części świata bardzo charakterystycznym. Na skutek zamieszania na lotnisku w Melbourne (o czym wspominałem wcześniej) otrzymaliśmy upgrade naszej oferty rentalowej i tak oto zamiast w Toyocie Camry a przez chwilę nawet Corolli (o losie!) siedzieliśmy całą ekipą w prawie nowym Holdenie SV6. Dla Australii Holden jest już niestety przeszłością (o tym kiedy indziej), ale też jeszcze powszechnie obecnym symbolem krajowej motoryzacji... Przejechanie Great Ocean Road Holdenem (zachowując skalę) można chyba porównać do przejazdu Route 66 Fordem Mustangiem (czyt. Ford Mastenk, - w tym wypadku kocham tą amerykańską wymowę - prawie słyszę teksański akcent ;-)  
Holden SV6 i...

  
Od Great Ocean Road nie oczekiwałem niczego wielkiego i chyba to pozwoliło mi cieszyć się tym miejscem. Na parę lokalizacji jednak miałem już oko wcześniej, na kilka dopiero w podróży zwróciłem uwagę. Oto one:

Torquay – Klasyczna miejscowość surferska. To tu  zaczyna się Great Ocean Road.  To stąd pochodzi jedna z branżowych marek Rip Curl. To tutaj w finałowej scenie przybywa młody Keanu Reeves w filmie Point Break. Dla mnie jest to film tak samo klasyczny jak “The Lost Boys” i dlatego tak jak Santa Cruz (filmowa Santa Carla z "The Lost Boys") dopisałem to miejsce kiedyś do listy “do odwiedzenia”. Tutaj pierwszy raz stoję nad brzegiem Oceanu Indyjskiego.

27 lat temu nawet nie śmiałem marzyć...


Bells Beach – właściwie tutaj kończy sie ucieczka Patricka Swayze przed Keanu Reevesem we wspomnianym wyżej filmie. To tutaj w finałowej scenie pada deszcz, to tutaj odbywa się bójka na plaży, to tutaj młodym Keanu targają dylematy, to tutaj Patrick Swayze wychodzi samotnie w Ocean by spotkać swoje przeznaczenie. Scena klasyczna jak pierwsza Molesta (czy jakoś tak ;-)). Mimo, że przygotowałem się przed wyjazdem, nie byłem w stanie rozpoznać miejsca które zapamiętałem z filmu. Spotkałem natomiast przypadkowego surfera, którego rozpytałem na okoliczność filmu pod tytułem “Point Break” i mimo tego, że facet nie wyglądał na takiego, który ten film pamiętał z czasów debiutu na VHS zarzekał się, że wie o który film mi chodzi i potwierdził, że jest to właśnie ta plaża, której szukałem. Chciałbym, żeby tak było, ale Bells Beach w rzeczywistości zagrała plaża Indain Beach w Oregonie (US) Co ciekawe kiedyś byłem jakieś 10 kilometrów od tej plaży, gdybym tylko wiedział :-) P.s. Dzisiejsza konfrtontacja w Google maps potwierdziła - to jednak Oregon. Wróćmy do Australii, na górze przy schodach na kamieniu wyryto napis „Respect the Ocean”. W pełni się z tym zgadzam. Schodzę jeszcze na dół, żeby się z Oceanem przywitać. Ostatni z Wielkich :-) 


Bells Beach - kadr z filmu Point Break (1991)
 

Ayers Inlet – w miejscowości tej znajduje sie latarnia morska oryginalnie nazywana Eagles Nest Point (z ang. Miejsce Gniazda Orła-chyba tak to trzeba tłumaczyć?). Latarnię wybudowano w 1891 roku i służy ona do dziś. Wokół latarni rozciągają się ładne widoki a na wybrzeżu klifowym nad Oceanem wiszą okazałe domy kilkunastu szczęśliwców. Sielaneczka, warto odwiedzić.


Dwunastu Apostołów – (ang. The Twelve Apostles) – grupa naturalnie powstałych kolumn skalnych stojących w morzu, tuż przy brzegu nieopodal miejscowości Port Campbell, przy drodze Great Ocean Road. Kolumny powstały w wyniku erozji, mają różną grubość i wysokość. Wbrew temu co sugeruje nazwa, kolumn wcale nie jest dwanaście. Obecnie do składu Apostolskiego wliczanych jest osiem skal. Ciągły proces erozji powoduje, że kolumny skalne są cały czas podmywane, część z nich uległa już zawaleniu. 2 lipca 2005 około godziny 9.00 rano czasu lokalnego na oczach wielu turystów zawaliła się jedna z kolumn mająca prawie 50 metrów wysokości, pozostawiając 8 stojących kolumn. 25 września 2009 zawaliła się kolejna kolumna, jednak jak później sprostowano, nie był to jeden z Apostołów. Pewnikiem Judasz jakiś…
Majestatyczność tej formacji (i moim zdaniem w jakimś stopniu jej biblijna nazwa) powoduje, że jest to jedną z najczęściej odwiedzanych i fotografowanych atrakcji turystycznych w Australii.



London Arch – pierwotnie nazywany London Bridge. Formacja skalna w pobliżu miejscowości Port Campbell znajdująca sie przy drodze Great Ocean Road. Obecnie formacja jest wyspą z podcięciem w kształcie łuku, która omywana jest intensywnie przez wody Oceanu Indyjskiego. Pierwotnie London Arch był połączony z lądem kładką skalną, która jedna uległa zawaleniu i tak nazwa Bridge (z ang. Most) straciła sens i zamieniła się w Arch (z ang. łuk). 


Apollo Bay - W miejscowości tej pojawiła sie na chwilę szansa odbycia dalszej podróży czerwonym Ferrari 458 Italia. Siedząc w knajpie widziałem za oknem jak Czarek, który niepostrzeżenie opuścił towarzystwo przymierza się właśnie do rumaka z Maranello. Przyznam, ze bałem się nieco o los prawowitego właściciela samochodu, jednak jak się okazało wszystko odbyło sie pokojowo. Czarek uznał jednak, że samochód nie ma Iosfixów i wszyscy wróciliśmy do Holdena. W Apollo Bay warto zatrzymać się na Fish & Chips serwowany w jednej z lokalnych knajp. Nie przepadam za tym przysmakiem jakoś szczególnie, ale kawałek ryby w panierce z frytkami i pokrojona cytryna serwowane nonszalancko w szarej folii pakowej zaczynają mi powoli smakować. Smak to też kwestia miejsca i chwili.  

 Loch Ard Gorge - ciekawy przesmyk znajdujący się zaledwie 3 minuty drogi samochodem na zachód od dwunastu apostołów. Tutaj w 1 878roku rozbił się statek o nazwie Loch Ard.



Loch Ard Gorge

Na Great Ocean Road polecam przeznaczyć dwa dni i wybrać nocleg w Port Campbell lub Warrnambool. Moim zdaniem między Port Campbell a Warrnambool nie ma nic co można uznać za wyjątkowe, więc jeśli nie czujecie potrzeby możecie sobie odpuścić ten odcinek. Ja natomiast polecam pojechać do końca ponieważ w lokalnej knajpce o nazwie Simon’s Watrefront z widokiem na Ocean zjadłem jedno z najlepszych śniadań poza domem jakie zapamiętam. Benedicts eggs – mistrzowska klasyka. Jeśli nie macie dwóch dni polecam jazdę drogą B100 do Port Campbell i powrót w nocy do Melbourne autostradą A1. Załapiecie się na większość atrakcji oprócz benedyktyńskich jajek… :-)

 W Warrnambool w okolicach plaży Logan's Beach można od lipca do sierpnia obserwować przepływające wieloryby
A przez cały rok zjeść dobrze w Simon's Waterfront
 Z widokiem na Ocean
 Krótki przekaz numer 1 z Warrnambool
Krótki przekaz numer 2 z Warrnambool
 
Oraz krótki przepis na Benedyktyński Jajka dla tych, którzy lubią eksperymentować.

-         + Tost
-         + Boczek
-         + Dwa jajka po wiedeńsku
-         + Sos holenderski

Resztę wydedukujcie ze zdjęcia.




I takim właśnie benedyktyńskim jajeczkiem świątecznie się ze wszystkimi czytającymi ten post dziś dzielę.

Pozdrawiamy

środa, 21 marca 2018

Yarra Valley - okolice Melbourne

Niecałą godzinę drogi na wschód od Melbourne znajduje się bardzo ciekawa okolica nazwana tak samo jak rzeka przepływająca przez sam środek tego australijskiego miasta. Dolina Yarra to miejsce, w którym można miło spędzić dzień, weekend, życie... Okolica oferuje światu wysokiej jakości winnice, przy których jak satelity wyrastają klimatyczne lokale serwujące lokalną produkcję i gdzieś zupełnie przy okazji sielskie krajobrazy. Mała stolica hedonizmu na wschodnim wybrzeżu Australii...

Jeden z punktów widokowych w Dolinie Yarry

Dolina Yarra jak pewnie potwierdziliby znawcy i jak dumnie twierdzą okoliczni producenci, jest uznawana za jeden z najlepszych na świecie regionów uprawy winorośli. Yarra kojarzy mi się trochę z Doliną Napa czy Sonoma w Californii. Miło ulokowana, mała enklawa do produkcja wina w sielankowej oprawie zielonych winnic, pagórków i przyjemnej architektury. Warto spędzić tu weekend pukając od jednej do drugiej winnicznej bramy... W regionie jest ich ponad osiemdziesiąt, więc jest w czym wybierać... Każda z winnic serwuje swoje (zapewne) doskonałe produkty w ramach degustacji a dla szukających pełnej rozpusty w przeważającej większości winnic menu rozszerzono o potrawy serwowane przez pierwszorzędne restauracje oferujące świeże, regionalne produkty. Coś o tym wiemy, ponieważ załapaliśmy się na małą próbkę lokalnej kuchni (bomba!). Gdybyście chcieli tu zostać dłużej, okolica oferuje wysokiej klasy zakwaterowaniem i ogólnie atmosferę premium splendoru (tutaj bezkarnie możecie założyć  Polo by RL i te śmieszne trzewiki na bose stopy, ale również dobrze pasują tutaj kalosze i flanelowe koszule )... Ja sam nie wiem czy do tego wszystkiego pasuję, ale jeden weekend na pewno warto tutaj zostać :-)

Wyobrażam sobie, że rejon między Konstancinem a Warką lub Puławami a Kazimierzem Dolnym mógłby kiedyś być taką naszą lokalną Doliną Yarry, gdyby tylko globalne ocieplenie zrobiło to co od niego obecnie oczekują naukowcy i do czego przekonują rożnej maści politycy a zakaz handlu w niedziele skierował zainteresowania Polaków w nieco innym niż zakupowym kierunku. Jeśli nie zamierzacie wybierać się do Yarry w najbliższym czasie, polecam nie tak odległe od naszej południowej granicy Morawy. Będzie taniej i równie miło (A może nawet milej :-)) ponieważ co sam mogę potwierdzić-tamtejszy Pils (ok, i Riesling) jest rzeczywiście pierwszorzędny.



Yarra Vally - Chocolaterie


Puffing Billy z Belgrove (Sapiący Billy z Belgrove)

Lokalną atrakcją (na której ostatni kurs się nie załapaliśmy) jest przejażdżka pociągiem ciągniętym przez historyczny parowóz. Nie powiem Wam czy warto z niej skorzystać, jednak zdjęcia okolicy przez którą przejeżdża pociąg podpowiadają, że warto...


Pozdrawiamy