sobota, 10 listopada 2018

Harbour Bridge by night

Co tu dużo pisać? Obok Goldasa jest to jeden z klasycznych mostów z mojego Top 5.
Wierzyłem, że go zobaczę (nigdy nie mów nigdy), ale nie przypuszczałem, że stanie się moją codzienną drogą do i z pracy :-) 
Na liście zostały jeszcze dwa mosty... i bardzo się z tego cieszę.

 
 
 
 

wtorek, 6 listopada 2018

Melbourne Cup – The race that stops a nation.

Jeszcze rok temu myślałem, że cała Australia żyje takimi wydarzeniami sportowymi jak: turniej tenisowy Australian Open, weekend wyścigowy F1 w Albert Park czy regaty Sydney-Hobarth. Nic z tych rzeczy. Wszystkie te imprezy mają co prawda swoje ważne miejsce w kalendarzu tutejszych imprez, ale to właśnie Melbourne Cup co roku wstrzymuje oddech całego kraju na kilka minut. Było to dla mnie sporym zaskoczeniem ponieważ nigdy wcześniej nie słyszałem o Melbourne Cup. 
 Melbourne Cup i tor wyścigowy Flemington.
Melbourne Cup czyli Wyścig o Puchar Melbourne jest największym w całej Australii wyścigiem konnym odbywającym się każego roku w pierwszy wtorek listopada (czyli dziś). Jak wspominałem wyścig jest bardzo popularnym wydarzeniem w całej Australii. Gromadzi on na stadionie około 100 tysięcy widzów, a życie w całej Australii dosłownie zamiera na chwilę podczas samego 3 minutowego biegu. W stanie Wiktoria (w którym odbywa się wyścig) dzień ten jest świętem publicznym i co za tym idzie dniem wolnym od pracy. W stanie NSW, firmy co prawda funkcjonują normalnie, ale na czas głównego wyścigu przerywają pracę. Samemu wyścigowi towarzyszą przeróżne rytuały. Tego dnia na torze (ale także i w zakładach pracy) w dobrym tonie są: kapelusze, fraki, wytworne toalety. By zachęcić ludzi do uczestniczenia we wspólnej zabawie w firmach organizowane są towarzyszące wyścigowi konkursy na przykład na najbardziej wytworny ubiór, przyjmowane są także zakłady, serwuje się musujące alkohole. Wyścig to także doskonała okazja by spotkać się w pubie. Dziś prawie wszystkie bary bez wyjątku prześcigają się w specjalnie na tą okazję przygotowanej ofercie.
   W firmach na pół godziny zamiera ruch
 
 wyścigowi towarzyszy cały rytuał i obrządek
 Tego dnia puby liczą na extra zysk


 Trochę historii:

Melbourne Cup rozgrywany jest od listopada 1861 roku na torze wyścigowym we Flemington (Melbourne). Jest on uznawany za najbardziej prestiżowy wyścig na dystansie 2 mil na świecie, aczkolwiek po przyjęciu przez Australię systemu metrycznego w 1972 roku dystans został zmniejszony z 2 mil (3218 metrów) do 3200 metrów. W wyścigu biorą udział konie co najmniej 3 letnie.
Trochę faktów:
  •  Rekord wyścigu to czas 3min 16sek 30 setnych należący do ogiera Kingston Rule. Rekord ustanowiono w 1990 roku.
  •  Największa przewaga na mecie – osiem długości w latach1862 (zwycięstwo Archer) i 1968 (zwycięstwo Rain Lover).
  •  Najwięcej koni w stawce – 39 (1890)
  •  Najmniej koni w stawce – 7 (1863)
  •  Najstarszy zwycięzca – 8 letnie konie Toroboy (1865) i Catalogue (1938)
  •  Jak chwilę po biegu poinformował organizator, koń o nazwie Cliffsofmoher odniósł w czasie tegorocznego wyścigu kontuzję na skutek, której po objęciu opieką przez będących na miejscu weterynarzy został poddany humanitarnej eutanazji. Cóż dobitniej świadczy o brytyjskim rodowodzie Australii i całego tego wyścigu? Któż tak pięknie i tak między słowami potrafiłby pisać o dobijaniu koni?  (To ponoć szósta ofiara Melbourne Cup od roku 2013).

 Pozdrawiamy

czwartek, 1 listopada 2018

Sculpture by the Sea 2018. Nie wszystek sztuka co się zowie...

W mieście, w okolicy plaży Bondi, od 18. października ma miejsce dwudziesta druga edycja wystawy o nazwie "Sculpture by The Sea". W założeniu ma być to największa* na świecie darmowa** wystawa rzeźby otwarta dla szerokiej publiczności. Wystawa będzie trwać jeszcze do 4. listopada i biorąc pod uwagę jaką popularnością cieszy się w dni powszednie, zachęcam do wybrania się tam czym prędzej. W weekend zamknięcia może być tam po prostu hard core. Ok, ale może ktoś zapytać, czy w ogóle warto poświęcić swój czas by zobaczyć Sculpture by The Sea? Z moich obserwacji wynika, że jest przynajmniej kilka powodów by się na nią wybrać. Po pierwsze, jest to dobra okazja by poprzebywać na świeżym powietrzu (pogoda ostatnio rzeczywiście sprzyja). Po drugie, w miejscu w którym odbywa się wystawa, natura serwuje widoki jakie trudno jest przebić jakiemukolwiek współczesnemu artyście. Po trzecie, warto wziąć udział w tym wydarzeniu także po to, by zrozumieć, że w sztuce (organizatorzy roszczą sobie prawo do nazywania wystawy wydarzeniem artystycznym), tak jak i w innych dziedzinach ludzkiej działalności jest także miejsce dla zwykłych chałturników i hochsztaplerów (w sumie dlaczego ze sztuką miałoby być ianczej?). Powodów każdy może sobie znaleźć pewnie jescze kilka, jednak dalej już nie wnikam.
Przyznaję, nie jestem znawcą materii, ale swoją ograniczoną percepcją obserwuję rynek "dzieł sztuki" i kiedykolwiek mam wątpliwość co do artystycznej wartości dzieła, kieruje się zasadą, którą kiedyś sprzedał mi ktoś komu w tej dziedzinie "nie jestem godzień rozwiązać rzemyka...".
Prawdziwą sztukę czuje się podoskurnie, reszta to marketing i kolesiostwo. Pozostając w klimacie biblijnych przypowieści dodam od siebie... Amen. 

Zdjęcia poniżej przedstawiają prace, które moim zdaniem prezentują się najciekawiej lub z różnych powodów były przedmiotem adoracji mojego starszego syna.

*) Wydaje mi się, że uczestniczyłem w większych imprezach tego typu, ale nie neguję. Marketingowo brzmi dobrze i w sumie jak to udownodnić?
**) Mam wątpliwości czy to jest dobry pomysł w miejscu tak popularnym turystycznie. Klyjentel tak różna i przypadkowa, że trudno to ogarnąć... Ludzie zdezorientowani i zaskoczeni tym na co właśnie patrzą oddają się zbiorowej ekstazie (bo to chyba przecież wypada). Z moich ostatnich obserwacji wynika, że na takich zbiorowych emocjach lubią żerować różnej maści (także polityczni) cwanicy. Jest jednak frekwencja, jest promocja miasta, jest pompa! Nie ma się zatem co martwić o fundusze na następny rok :-)


 Plakat promujący wydarzenie













 









Nawet w tygodniu jest to popularne miejsce... Weekend musi przerażać...





  Zwycięska praca tegorocznej edycji Sculpture by the Sea. Praca o nazwie M-fortysix, jej autor zgarnął okrągłe 70 tysięcy australijskich dolarów.



Sculpture by The Sea. Widok z Bondi Beach.

wtorek, 23 października 2018

Motorem po Old Pacific Highway

W sierpniu 2018 wypadła dziesiąta rocznica odkąd zaczął się legalny rozdział mojej przygody z dwoma kołami (kilka miesięcy wcześniej, w roku 2008 kupiłem swój pierwszy motor, ale poruszałem się nim wówczas nielegalnie po ulicach San Francisco). Tak się szczęśliwie złożyło, że swoje pierwsze motocyklowe kroki stawiałem na kalifornijskiej Highway Number 1 czyli na legendarnym Big Sur - jednej z najładniejszych tras jakimi do tej pory miałem okazję jeździć. Nie mogłem sobie odpuścić takiej rocznicy. W roku 2018 chciałem powrócić do tamtych chwil. Dziś rolę czerwonego BMW F650 GS odgrywa czarne BMW 1200GS, legendarną Pacyfikę zastępuje Old Pacific Highway, ale pogoda, entuzjazm i radość z jazdy pozostają wciąż te same 😊

"The Old Road" jak ją nazywają ci, którzy traktują ten kawałek asfaltu jako coś więcej niż budowlę z towarzyszącymi obiektami inżynierskimi była przez długi czas jedyną drogą łączącą Sydney z Newcastle. The Old Pacific Highway pełniła samodzielnie tą funkcję do czasu wybudowania autostrady M1, o której pisałem trzy posty wcześniej. Od tego czasu "The Old Road" zdecydowanie straciła na znaczeniu dla ruchu tranzytowego. Dziś nieco zapomniana, wijąc się wśród pagórków i wzniesień podążą śladem swojej większej siostry przyciągając każdego dnia motocyklistów z miast i miasteczek leżących w jej sąsiedztwie. Nie mam wątpliwości, dla entuzjastów dwóch kółek wraz z otwarciem nowej autostrady, przechodząca na emeryturą The Old Pacific Highway narodziła się na nowo :-) i to jest bardzo dobra wiadomość!

The Old Road jest perfekcyjnym miejscem na przedpołudniowo-weekendowy wyskok. Przez wielu uznawana jest za jedną z najatrakcyjniejszych tras motocyklowych w całym New South Wales. Nie wiem czy to prawda, ale na pewno jest atrakcyjna i stosunkowo łatwo dostępna dla kogoś kto nie ma zbyt wiele czasu na długie podróże motocyklem. Z samego centrum Sydney dostaniesz się tutaj w około godzinę. Dla mnie zabawa z nią zaczyna się już gdzieś w okolicach Hornsby, ale znawcy tematu twierdzą, że tak naprawdę zaczyna się ona na wysokości restauracji Pie in the Sky Cafe, tuż obok Cowan. Tu ponoć zawsze można spotkać dziesiątki motorów, niezależnie od pogody i dnia.

 Old Pacific Highway - Dojazd do mostu w Mooney Mooney 

Co możecie zobaczyć na pierwszym filmiku, trasa od tego miejsca wije się między skałami do samego mostu na rzece w okolicach Mooney Mooney. Następnie przechodzi przez inne popularne miejsce - The Old Road Cafe - i prowadzi dalej w kierunku Gosford. Odcinek od mostu i dojazd do The Old Road Cafe jest pokazany z kolei na drugim filmiku poniżej.

Old Pacific Highway - dojazd do The Old Road Cafe

The Old Pacific Highway nie jest szczególnie trudną technicznie trasą, ale profil zakrętów potrafi zaskoczyć i dlatego najlepiej jest ją pokonać we własnym tempie nie sugerując się innymi motocyklistami. Ja postanowiłem skupić się na podziwianiu pięknych krajobrazów i jeśli nie znasz każdego z zakrętów jak własnej kieszeni, Tobie również polecam to samo...

Jak już sygnalizowałem "The Old Road" wije się pod, nad i wzdłuż autostrady M1, oferując za każdym razem ciekawszą i bardziej malowniczą alternatywę dla szybszej, ale bardziej monotonnej podróży eMką (dziwnie to brzmi dla entuzjasty bawarskiej motoryzacji :-)). Jest na niej w zasadzie wszystko czego potrzebujesz na sobotnie moto-przedpołudnie. Są tu mosty, wiadukty, szybkie proste i ostre wiraże, tutaj piękne widoki mieszają się malowniczo z zapachem otaczającego lasu, nie tak odległej rzeki Hawkesbury i zapachem nawijanej na asfalt gumy. Naprawdę można się na chwilę zapomnieć.

Trasa nie jest niestety specjalnie długa. Część widokowa to niecałe 50 km, jednak dla weekendowych entuzjastów to wystarczająco dużo, a do tego zostawia spory margines czasu na kawę, śniadanie i trochę towarzyskiego bla-bla-bla. Ja ani kaw, ani motocyklowego story tellingu jednak nie mam w zwyczaju, tego dnia postanowiłem raczej posłuchać... posłuchać gangu dwucylindrowego, bawarskiego boksera. Tam gdzie poradniki sugerują zawracać, ja odkręciłem manetkę i pojechałem dalej... Ajjjj.
 



 
The Old Road Cafe jest zawsze gościnna dla motocyklistów.
Kolejna z motocyklowych knajpek po trasie...

 
Entuzjazmem powodowany zafundowałem sobie kilka selfi strzałów...

 Old Pacific Highway to dla mnie jednak za mało. Jak masz trochę czasu wskocz na M1 i pociągnij do Hunter Valley.
 Z Toronto do Sydney drogą lądową? Da się!

Don't mess around

Bohater pierwszego planu "Tłelf handred Dżi-Es" - czyli klasyk, dla mnie po prostu rewelacyjny. Mimo wagi i rozmiaru w prowadzeniu łatwiejszy niż wiele mniejszych konstrukcji. Cała ta elektronika, moc i sposób w jaki się prowadzi tworzą idealną mieszankę. Jednak pamiętajcie, nie jest to opinia obiektywnego motocyklisty. Musicie wiedzieć, że przez dziesięć ostatnich lat jeździłem tylko motorami marki BMW, a żeby być bardziej precyzyjnym, tylko serii GS.

Uwaga: Pamiętajcie, że wcale nie potrzeba najnowszego sprzętu i wielkich wypraw, żeby mieć radość z jazdy na motocyklu. Sprawdziłem to na sobie. To jest w tym wszystkim najfajniejsze.

Tu z pozdrowieniami dla kolegi, który niezbyt szczęśliwie ulokował swoje moto uczucia :-) No nic, miłość jak mówią nie wybiera... 😜

Uwaga: Jest to 100tny post w ramach projektu N-2-C. Z tej okazji pozdrawiam Wszystkich Czytaczy!